Serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na ich zapis lub wykorzystanie. Więcej informacji w Polityce prywatności.
akceptuję

Gunnbjørn Fjeld

Zdobycie najwyższego szczytu Grendlandii - 3694 m n.p.m.

Zdobycie najwyższego szczytu Grendlandii - 3694 m n.p.m.

Dziennik wyprawy

01.06.2008 LĄDOWANIE NA GRENLANDII
Pogoda dopisuje. Lot na Islandię i Grenlandię odbył się szybko i bez zakłóceń. Wszyscy mamy dobre nastroje, humory dopisują. Od pilota samolotu pożyczyliśmy strzelbę, bo podobno kręcą się tu białe niedźwiedzie. To dziwne, bo według wcześniejszych wiadomości misie nie zapuszczają się w okolice Gunnbjørn Fjeld. Lepiej jednak być ostrożnym.

03.06.2008 - 12:05 NA SZCZYT!
Wczoraj odpoczywaliśmy i trochę sobie pospaliśmy – każdy z nas miał pod tym względem spore zaległości.
Zaraz ruszamy na Gunnbjørn Fjeld. Pogoda ładna, ale prognozy mówią o jej załamaniu, zresztą już teraz widać coraz więcej chmur, a wiatr się wzmaga. Ale może zdążymy. Musimy się spieszyć, wykorzystać te kilka godzin słońca, bo później możemy utknąć tu nawet na kilka dni. Warunki pogodowe na Grenlandii są trudne do przewidzenia.

Idziemy równym tempem, z każdą godziną zbliżając się do szczytu. Zdaje się, że jest już na wyciągnięcie ręki. Ale nie ma tak szybko. Zostało jakieś 150 m do celu i widoczność się kończy. Pada mokry śnieg, wieje, mgła. Podejmujemy decyzję o odwrocie. Jesteśmy oddaleni od bazy przynajmniej o pięć godzin marszu. Wracamy po naszych śladach, ale śnieg szybko je zasypuje. 

Idziemy trochę instynktownie, robi się coraz gorzej. Nic nie widać, totalna zamieć, przenikliwe zimno. Część zespołu jest już na granicach swoich fizycznych możliwości. Źle to wygląda. Po kilku godzinach w końcu widzimy nasze namioty. O razu poprawiają nam się humory. Wszyscy cali i zdrowi. Było naprawdę niedobrze, w zasadzie cieszymy się, że żyjemy. Natura znów pokazała, że to ona ma tu ostatnie zdanie. Wystarczy zaledwie kilka godzin, by wszystko się zupełnie zmieniło. Gdy ruszaliśmy, było ładne słoneczko.

06.06.2008 CZEKAMY NA POGODĘ
Od trzech dni nieustannie pada mokry śnieg. Czekamy w namiotach na poprawę pogody. Co dwie godziny ktoś z nas wychodzi i je odkopuje. Trzeba uważać, bo mokry śnieg jest ciężki i mogłoby nas nieźle przycisnąć. Dość silnie wieje, ale jest stosunkowo ciepło. Powoli kończy nam się paliwo, jak tak dalej pójdzie, samolot będzie musiał przywieźć nam zapas. Niedźwiedzi nie widać, ale przy tej pogodzie, pewnie byśmy ich nie zauważyli, nawet gdyby przeszły kilka metrów od nas.

07.06.2008 DRUGIE PODEJŚCIE
Wreszcie pogoda się poprawiła, jest szansa, że utrzyma się na najbliższe dwa dni. Wyruszamy. Jedyną przeszkodą jest duża ilość śniegu. Wejście na szczyt powinno nam zająć jakieś 8-9 godzin, choć może to być i 12 godzin. Leszek ocenia szansę na sukces na jakieś 80 procent. Nie jest więc źle.

Bardzo, bardzo ciężki śnieg do pokonania. Gruba warstwa, zupełnie mokry, miejscami po kolana. Przebicie się przez niego wymaga naprawdę sporo wysiłku. Pracujemy ostro, wybraliśmy trochę inną trasę niż za pierwszym razem, nieco krótszą. Pogoda super.

Osiągamy przełęcz na wysokości 3050 m n.p.m. Jest trochę zimniej, a śnieg wygląda na twardszy. Powinniśmy teraz iść szybciej. Leszek ocenia to na jakieś 5 godzin. Wszyscy w wyśmienitych humorach. Mirek Polowiec, mimo że był już w 65 krajach, mówi, że to wyprawa jego życia. Łączymy się przez telefon satelitarny i zdajemy relację na bieżąco. Zaraz dalej w drogę.

Jest późne popołudnie, około siódmej czasu lokalnego. Po pięciu godzinach wspinaczki wszyscy stajemy na szczycie. A więc udało się. Gunnbjørn Fjeld zdobyty przez polską wyprawę! Robimy zdjęcia, kręcimy trochę materiału filmowego. Niesamowity widok ze szczytu. Ciężko to opisać, o takie wrażenia trudno w codziennym życiu. Wspinaczka zajęła nam 12 godzin, teraz czeka nas jakieś 5-6 godzin zejścia.
Dochodzi pierwsza w nocy, jesteśmy już w namiotach. Marzymy tylko o ciepłej herbacie. Wszyscy jesteśmy zmęczeni, ale szczęśliwi. Udało się!