Serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na ich zapis lub wykorzystanie. Więcej informacji w Polityce prywatności.
akceptuję

Baby on board - "Z Polą przez Świat"

Podróż do Norwegii z żoną Kasią i córką Polą

Podróż do Norwegii z żoną Kasią i córką Polą

Dziennik wyprawy

O 15.00 spotkanie z dziennikarzami na lotnisku. Z powodu korków jesteśmy spóźnieni. Mnóstwo dziennikarzy, dużo pytań i zdjęć. Jest też telewizja. Polę nie peszą błyski fleszy, trzask migawek, mikrofony i światła. Jest uważna, skupiona, tak jakby dobrze rozumiała, co się dzieje. Macha rączką do dziennikarzy, ogląda wystawę z moimi zdjęciami z biegunów na lotnisku i świetnie daje sobie radę.

Miałem problem z butami do trekkingu – nigdzie w Gdańsku nie ma porządnych butów w rozmiarze 47, więc Piotr Janukowicz reanimował moje buty jeszcze z wyprawy na Pustynię Gibsona z czerwonym piaskiem pustyni na podeszwach i przywiózł je na lotnisko. Nas przywozi mój tata, a nasz piesek Aja zostaje tym razem w domu. Dziennikarze zadają różne pytania, przeważnie ciekawe, atmosfera wręcz rodzinna.

Żegnamy się z przyjaciółmi, z Wojtkiem Moskalem zamieniam parę słów po norwesku i obiecujemy sobie, że po powrocie będziemy całe dni rozmawiać tylko po norwesku.
Jeszcze tylko kontrola paszportowa, odprawa i jesteśmy na pokładzie. Start. Pola jest zachwycona, podoba się jej, że lecimy ponad chmurami. Podoba się jej Ziemia z lotu ptaka. Opowiada nam co widzi: chmury, morze. Przydaje się multifotelik, w którym wygodnie siedzi. Najpierw służył jako wózek, którym z Polą podjechaliśmy pod trap samolotu, a teraz, po błyskawicznym złożeniu, służy jako fotelik samolotowy.

Lot mija szybko i po niecałych dwóch godzinach lądujemy w Oslo. Wynajęliśmy w mieście mieszkanie, do którego docieramy po 19.00. Z domu wyruszyliśmy około 14.30 i po pięciu godzinach jesteśmy w kwaterze w Oslo. Choć lot trwał tylko półtorej godziny, to przy podróży z dzieckiem trzeba brać pod uwagę realny czas podróży od drzwi do drzwi.
Niespodzianka: przez najbliższe 5 dni prawie wszystkie sklepy w Oslo są zamknięte z uwagi na Święta Wielkanocne. Inaczej niż w Polsce. Mamy ze sobą mało świeżego jedzenia dla Poli, dlatego od razu wyruszam w poszukiwaniu jakiegoś sklepu. Jesteśmy wszyscy trochę zmęczeni. Pola pyta się o Aję.

Następne dni upływają na poznawaniu Oslo. Chodzimy sobie po mieście, oglądamy pomniki, parki, skwery, ciekawe miejsca. Idziemy też na duży plac zabaw. Pola ma do dyspozycji zjeżdżalnie, piaskownice i mnóstwo innych atrakcji. Po tym przez cały dzień już nic ją nie interesuje, czeka tylko na następny plac zabaw. Podczas spacerów po mieście jej uwagę najbardziej zwracają stojące na ulicach rzeźby zwierząt – foczka, niedźwiedź, itp. Chce się przywitać i zaznajomić z każdym zwierzakiem.

FINNMARKSVIDDA
Niedawno dotarliśmy do Karasjok, malutkiej miejscowości nad rzeką Tana. Niedaleko stąd, jakieś piętnaście kilometrów, jest granica z Finlandią. Leży śnieg.
Mieszkamy w Engholm Husky, w tradycyjnych drewnianych chatach. To sześć kilometrów od Karasjok. Urocze miejsce prowadzone przez Svena, Bodil i Christel. Hodują tu psy i można odbyć przejażdżkę zaprzęgiem. To cudowne doświadczenie, taka wyprawa. Psy doskonale współpracują. Ciągną sanie, na których stoi się z tyłu. Jedzie się pięknie, ale trzeba uważać na teren i chwilami pomagać psiakom, odpychając się nogami.
Obudziłem się o piątej i już było jasno. Zacząłem się uczyć norweskiego. Jakoś polubiłem ten norweski i lubię się go uczyć. Czytać teksty, robić ćwiczenia. Bardzo mnie wciągnęła historia Annie Clavel z książki Anne Bjørnebe „Troll i Ord”.
Kiedy wyszedłem przed naszą chałupkę, mimo że było zimno, to wewnątrz było mi ciepło. Tak brakowało mi śniegu przez ostatnie lata. Ostatni raz byłem blisko śniegu na wyprawie z Jaśkiem na Biegun Południowy w 2004 roku. Od tamtej pory było mało śniegu w Gdańsku. A jak był, to mnie akurat nie było. To dobrze znowu czuć biel wszystkimi zmysłami. Coś w tym jest, Pola tez bardzo lubi śnieg.
Rano pomagam dziewczynie od Svena karmić psy. To niezła gimnastyka – roznoszenie wiader z zupą i mięsem i wlewanie do misek. Husky czekają, wyglądają na wdzięczne.
Jemy śniadanie. Potem pożegnanie ze Svenem i pakowanie. W programie wizyta u rodziny Samów. Jedziemy do Karasjok, tam przebieramy się w cieplejsze ubrania i potem na parking skąd ruszamy dalej skuterami. Siadamy na saniach, które ciągnie skuter, którym kieruje pasterz stada reniferów.
Nie ma żadnej rodziny, są dwaj pasterze i tradycyjny samski namiot, w którym pali się ognisko. Siadamy na skórach reniferów, dostajemy kawę w plastikowych kubkach, suszone mięso i języki reniferów. Do tego czekoladę.
Rozmawiamy o przeszłości i teraźniejszości Samów, ale rozmowa się nie klei. Samowie nie są rozmowni. Wydaje się, że to tylko przedstawienie. Chociaż z drugiej strony w tej powściągliwości jest jakaś prawda. Jeżeli coś się odbywa taśmowo, trudno zachować autentyczność. Przed chwilą byli tu Holendrzy, którzy spędzili tu całą noc. To działa jak przemysł turystyczny.

LOFOTY
Brakuje słów, żeby opisać Lofoty. Wysokie szczyty, skaliste góry, błękitna woda, śnieg, mgła, piękne domki w wioskach rybackich. Spokojnie, cicho, można przysiąść na skale i pomyśleć.
Pobyt na Lofotach organizują nam Agata Gąsior i Erwin Ćwiąk, dwójka Polaków prowadząca tu biuro turystyczne. Niezwykle nam pomagają. Aż trudno sobie wyobrazić, jak udało im się zorganizować tak ciekawy program zwiedzania Lofotów. Byliśmy tu pięć dni, a wydaje mi się, że co najmniej miesiąc. Rafting, wspaniała Lodowa Galeria w Svolvaer, kurs surfingu w Unstad, rejs łodzią do jaskini refsvikhula, wyprawy w góry w Feskarbrygga. Od wrażeń aż kręci się w głowie. Agata i Erwin mają niesamowitą wiedzę o Lofotach, myślę, że większą niż spora część Norwegów – Lofotańczyków.
Wypływamy o 7.00, trzy i pół godziny później dopływamy do Bordo. Jeszcze przesiadka na Flybuss i o 12.40 mamy samolot do Oslo. Wieczorem mam spotkanie z Polonią w Ambasadzie.
Czuję w kościach wczorajszą wycieczkę w góry, ale to dobre uczucie. Muszę wrócić do treningów, marszów, biegów i pływania. Mój organizm tego potrzebuje.

MYRDAL
W Myrdal prawie cały rok leży śnieg. Kiedy tu przyjeżdżamy z Oslo, wszędzie jest zupełnie biało. Stąd rusza kolejka górska Flamsbana. Ludzi niezbyt dużo, spokojnie.
Trasa kolejki ma 20 km, ale pociąg jedzie powoli i zatrzymuje się na kilku stacjach. Próbuję robić zdjęcia, ale za oknem krajobraz się zmienia i trudno złapać ostrość. Zatrzymujemy się przy wodospadach. Najwyższy wodospad na trasie to Rjoandefossen – 140 metrów. Podziwiamy widoki, podczas jazdy wychylam się przez okno, choć to trochę niebezpieczne, gdyż chwilami pociąg niemal ociera się o skalną ścianę. Wycieczka trwa kilka godzin. Niezapomniany czas. Piękne pożegnanie Norwegii – jutro wracamy do Gdańska.