Serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na ich zapis lub wykorzystanie. Więcej informacji w Polityce prywatności.
akceptuję

Spitsbergen

Pierwsza samotna wyprawa polarna, pokonanie około 350 km

Pierwsza samotna wyprawa polarna, pokonanie około 350 km

Dziennik wyprawy

MOSKWA 27.04.1990
Lecę na Spitsbergen. W końcu w drodze. Czekam w brudnej poczekalni lotniska Szeremietiewo na samolot do Murmańska. Zmęczony i wytarzany. Teraz jest północ i mam dużo czasu. Mam ze sobą narty, sanki, prowiant i to, co potrzeba. Wczoraj w Warszawie widziałem znajomych z Instytutu Filozofii. To dobrze, że nie mam z tym nic wspólnego. Wyskoczyłem z tego pociągu, pokaleczyłem się i połamałem, ale warto było. Jeszcze jak warto.
Bywają na świecie ludzie, którzy boją się nawet podnieść głowę i wstydzą powiedzieć dobre słowo. Całe lata mijają dzień po dniu, miesiąc po miesiącu i nic. Nic za nimi, nic przed nimi. Zapomnieli, co prawda, co piękno i coś, co w życiu trzeba zro­bić. Bo inaczej wstyd i po co. I chodzą z niepewnością wypisaną na twarzy, bojąc się każdego swojego słowa, które się głośno wypowiada.
Nie wiem, co tam będzie w Murmańsku, jak dostać się do Troms~, a później do Longyer. A jeśli nawet wyląduję na Spits­bergenie, to jak tam będzie? Tak czy inaczej trzeba będzie iść. Nie ma alternatywy. Będzie może strach, może inne sprawy, ale w końcu najważniejsze, żeby iść. Tak jak w Meksyku, tak jak wszędzie. Może tam było inaczej, bezpieczniej. Teraz skoń­czą się rozmyślania i paplanina. Myślę, że w końcu znalazłem.
Czuję to. Tam jest Zona.
Szkoda tych ludzi. Mogliby mieć piękne życie. Szkoda mnie, mógłbym przecież żyć według przepisów i być... zadowolonym. Może by wystarczyło i nie byłoby ani za mało, ani za dużo.
Nie czuję tego co dawniej: oddechu. Tylko jakbym pracował właściwym na­rzędziem we właściwym miejscu. Kie­dyś zdawało mi się, że potrafię latać, a ja po prostu robię swoje.
Co mam zrobić? Co zrobić ze swoim życiem?
Jeszcze mogę.
Nie można wątpić ani pozwalać strachowi, żeby podchodził zbyt blisko. Reszta sama przyjdzie.

HORSUND 7.05.1990
Jestem pod Gnalem. Sam. Jest tak fajnie, że nie chce mi Się nawet pisać. Przecież wszystko jest jasne.

12.05.1990
Znowu pod Gnalem w husie. Jest świetnie. Mały hus wygląda jak skrzynka po czymś tam obita papą. Wstawione malutkie okienko tak zasypane śniegiem, że światło ciut, ciut się przebija, piecyk, dwie kojki. Jesteśmy tutaj od dwóch dni z Rosjaninem Wiktorem i husujemy. Ludzie w bazie mówią: życie to nie tylko seks, i to prawda. Pod ręką broń na wszelki wypadek, sztucer i rakietnica dla każdego. Wczoraj, a raczej przedwczoraj, bo jest 1:40 w nocy, przyszliśmy tutaj. Trzeba było przejść przez lodowiec Hansa, a potem wzdłuż morza po żlebach. Żleby były strome i oblodzone, jakby się człowiek poturlał, to czekała zimna woda, -1,6°C, i głębinki, znaczy się koniec. Ale z nami były czekany, nogi i ręce, tak że jakoś się dokaczaliśmy. Dla chwiejów tutaj nie miejsce. Rozpaliliśmy w piecu, potopiło się wody, przynieśliśmy ze źródełka mineralnej, a potem nie można było zasnąć, więc dawaj gadać, żalić się, narzekać i chwalić. Dzisiaj podeszliśmy pod drugi lodowiec, namęczyliśmy się i znowu w husie: w piecu się pali, Wiktor już śpi. Hus jest często niszczony przez niedźwiedzie. Włamują się miśki, żeby sobie podjeść. Tego, co widzę, nie da się opisać. Można tylko patrzeć. Zmiana pogody: chłodny front, jutro będzie wiało i padało. W piecu huczy, popiję jeszcze herbaty. Przed oczami hałda śniegu. Ludzie tu są dobrzy i życzliwi. Widać klimat też określa świadomość. Lampa naftowa stoi nie­potrzebna. Jest dzień. Polarny dzień. I kiedyś tam przyjdzie noc. Dobrze mi. Spać, życzę sobie dobrych snów. I Wiktorowi też.

GNAL 12.05.1990
Jest czternasta, czyli jeszcze rano. Pogoda zła, wieje, widzialność prawie zerowa. Trzeba zbudzić Wiktora, coś zjeść i zasuwać.
Cieśnina Beringa zamarza w zimie, można przejść.

LONGYEARBYEN - TROMSO 2.06.1990
I znowu samolot, znowu lecę do Tromso. Życiem się ciesz, do­póki jeszcze jest. I to jest prawda, cieszę się życiem, już z lekką obawą, co tam będzie w tej dżungli wśród ludzi w Europie. W końcu trzeba wracać, już nie będzie przemarszów, sanek i złej pogody. A ja nie chcę wcale dobrej pogody i ciepła, i ca­łego tego hałasu. Ale na szczęście jest światło tam z przodu, dlatego będę żył i cały czas naprzód. Do światła. I może kiedyś?

OSLO 4.06.1990
Tromso, ksiądz Wojciech - byłem na mszy świętej, a potem chodziliśmy razem po mieście.
Po południu odwiózł mnie wczoraj na autostop. Stałem z plecakiem przy katedrze Morza Północnego, takiej dużej, białej. Dalej wszystko potoczyło się szybko. Po drodze zobaczyłem Narwik i pomnik polskich marynarzy z "Groma". Potem w Trondheim złapałem Australijczyka Richarda, który zawiózł mnie do Oslo. Wjechaliśmy na górę i było widać całe miasto u stóp. Różne tam zamki i inne oświetlone budowle. Była druga w nocy, pierwszy raz znowu spotkałem Ciemność. Czarne światło. Niezły czas przelotu, tysiąc osiemset kilometrów i tylko trzydzieści sześć godzin autostopem. Nie wiem, co będzie dalej. Na razie żyję. Jeszcze jedno: w Tromso roślinność uboga, malutkie drzewka, śnieg, i jak jechałem, to wszystko bardzo szybko się zmieniało, na polach - coraz mniej śniegu, drzewa coraz wyższe, coraz więcej ich i potem już trawa, ptaszki świergotały. A od Trond­heim to w ogóle zaczęły się tropiki - pola uprawne, no i cała ta Cywilizacja.