Serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na ich zapis lub wykorzystanie. Więcej informacji w Polityce prywatności.
akceptuję

Samotne zdobycie Bieguna Południowego

Z WYSPY BERKNER ISLAND, 1400 KM W 53 DNI

Z WYSPY BERKNER ISLAND, 1400 KM W 53 DNI

Dziennik wyprawy

11 LISTOPADA 
Dzisiaj niezły dzień. Dużo przeszedłem, ponad 23 kilometry. Niesamowite. Już myślałem, że cały czas będzie tak wolno szło, a do Bieguna jeszcze tak daleko. A tutaj trochę słońca, lepszy teren bez świeżego śniegu i można jechać. Na koniec dnia zimno, wiatr też daje się we znaki. Śnieg twardy i zbity, ciężko znaleźć dobre miejsce na biwak. Musiałem walczyć z wbijaniem nart i kijków. Ale zimno w ręce, nie chce mi się dalej pisać. Chce mi się jeść.

12 LISTOPADA
Alarm w zegarku nie działa. Noc ciepła. Rano słońce, wieje wiatr. Z wiatrem będzie ciężko. Wczorajszy dzień był dobry, tyle kilometrów. Jest nadzieja. Najgorszy jest wiatr, nie ma się przed nim gdzie schować, pali w twarz i usta. Zobaczymy, jak będzie dzisiaj. Słońce grzeje, ale nie za bardzo, bo rzeczy nie schną w namiocie. Bardzo się pocę, nie wiem dlaczego. Mało sikam, a wszystkie płyny wychodzą z potem. Martwi mnie to, rzeczy i ubrania są cały czas zalodzone i oszronione. Szczególnie bluza, cała w bryłkach lodu. Potem lód się topi, a ja się trzęsę. Przez to jestem często wychłodzony. Może dlatego, ze sanki ciężkie i zimno. A zimno jest jak diabli, nawet teraz rano.

Lewa noga mocno obtarta, duże bąble, cały biały płat skóry odchodzi, pod tym żywe ciało. Boli i to bardzo. Zrobiłem manewr z wiązaniem. Druga noga też obtarta, ale mniej. Tylko pięta. Próbuję przesunąć położenie buta względem osi narty, żeby odciążyć obtarte miejsca, ale to ryzykowne, bo może później pójść wiązanie. Usta goją się powoli. Na razie całe popękane, nie wiem, czy od słońca czy wiatru. Organizm jest osłabiony i nie zregenerowany. Muszę mieć dużo Nadziei, że dojdę. Czasem ciężko to sobie wyobrazić. Tyle drogi przede mną. Ponad 1200 kilometrów. Ale powoli będę sobie szedł. Jest coraz lepiej.

13 LISTOPADA 
Wczoraj wieczorem długo czytałem Tolkiena. Bardzo lubię hobbitów, czarodzieja i innych. Idę razem z nimi na Górę Przeznaczenia, a oni razem ze mną na Biegun. Przeszliśmy już kiedyś Grenlandię.

Dzisiaj rekord, 25,4 kilometra. Niesamowite, to bardzo dużo, skąd ja mam jeszcze tyle siły. Trudno rozbija się namiot przy takim wietrze, ale można to zrobić. Ułożyłem sobie specjalną technikę na silny wiatr. W namiocie wieczorem super. Jedzenie smakuje coraz lepiej. Smak się wyostrza. Nie jestem nigdy głodny. Myślę często o tym, że droga jest daleka. Teraz idę od 9:00 rano do 19:00 wieczorem, z przerwami co półtorej godziny. Druga przerwa czekoladowa - 30 minut. Wstaję o 6:15, wieczorem wyrabiam się ze wszystkim do 21:00, ale jeszcze pisanie i czytanie, tak że o 21 :30 wyłączam Argos i lulu. Dobranoc.

PS: Wiatr wieje coraz mocniej.

14 LISTOPADA 
W nocy spałem niespokojnie. Budziłem się prawie co godzinę. Wiatr szarpał namiotem. Rano nic mi nie idzie. Wszystko na opak, ale na szczęście działam mechanicznie. Na autopilocie, wyłączam myślenie i robię robotę. Trudno będzie złożyć namiot, wiatr szaleje, rozbujał się. No nic, wiatr musi wiać, ja muszę iść, takie są zadania na dzisiaj. Nie mogę sobie pozwolić na dzień przerwy, trzeba do przodu.

Ciągle nie działa alarm w zegarku. Nogi coraz bardziej obtarte. Jeden palec u nogi lekko odmrożony, zrobił się przezroczysty bąbel. Ciekawe, kiedy to się stało, przecież tak pilnuję. W tym miejscu było stare odmrożenie po Północnym, może teraz palec jest bardziej podatny.

12. DZIEŃ 
Dzisiaj 15 listopada. Wczoraj było nieźle, w takiej zadymce zrobiłem tyle kilometrów. Staram się funkcjonować jak robot. Wstać, zacząć działać, zapalić prymus, zagrzać wodę i tak dalej. Wszystko o określonej porze. Zjeść do 8:00, wyjść z namiotu o 8:30. Zacząć iść o 9:00. Pilnować drobiazgów i robić kroki: raz, dwa, trzy... tysiąc. A potem od nowa. Przerwy, dzień się kończy, o 19:00 rozkładanie namiotu, o 22:00 spanie. Nie idę zbyt forsownym tempem. Trzeba oszczędzać siły. Pogoda dzisiaj słaba, wieje wiatr, nie ma słońca, chmury. Kto powiedział, że jest dużo słońca na Antarktydzie? Ja go tutaj prawie nie widuję. Może jestem gdzie indziej?

13. DZIEŃ 
Noc spokojna, przyjemna. Wieczorem było cicho, więc obawiałem się, że w nocy może przyjść mocny wiatr, ale nie. Śniło mi się, że odkryłem nową księgarnię, gdzie było dużo niezłych książek. Nieprzeliczone regały. Nigdy takich książek nie widziałem. Miały różne kształty, o starożytnym Egipcie wyglądała jak mumia, książka o wszechświecie miała kształt wrzeciona, a o miłości wyglądała jak róża. Forma książki wskazywała na jej treść. To bardzo ciekawe. Pani oprowadzała mnie po tym królestwie i było to dla niej normalne, a ja byłem cały rozgorączkowany. Dlaczego nigdy nie byłem tutaj przedtem?

W namiocie małe przeróbki. Wyciąłem siatki na otworach wentylacyjnych i worek oraz paski naszyte na przednią ścianę. To się nazywa, że namiot jest teraz przystosowany do mnie. Mój dom to namiot i jest w nim dobrze. Kiedy prymus chodzi, krzątam się tutaj, robię porządki, reperuję. Dobrze mi tutaj. Wcale nie jest za mały ani za duży. Mam tu wszystko, co potrzeba. Po południu już czekam, żeby rozbić namiot i pomieszkać. Ciągle się zastanawiam, jakie są motywacje, aby robić takie rzeczy. I nie znajduję odpowiedzi. Nie wiem. Myślę, że to coś, co jest w człowieku, impuls, i dlatego trzeba to robić. Czy się chce, czy nie chce, po prostu trzeba to zrobić. To jest pierwsze, dopiero później przychodzi zastanowienie i rozmyślanie, jak to zrobić.

16. DZIEŃ 
Wypracowałem nowy sposób poruszania rękoma z kijkami w marszu. Niby to proste, ale chodzi o to, żeby maksymalnie ograniczać ruchy i oszczędzać energię. Powoli całe ciało porusza się w specyficznym rytmie, faluje. Zaczynam iść całym ciałem, każda część ciała ma swoje miejsce w ruchu. Zasada: jak najwięcej pociągnięć, jak najmniej się zmęczyć. Wszystko jest ważne, układ nóg, rąk, tułowia, głowy. Wszystko musi pracować w rytmie. I żeby zrobić jak najwięcej kilometrów.

17. DZIEŃ 
Pogoda dzisiaj do niczego, niebo zachmurzone, słońce przez chmury, wiatr z boku. Szedłem cały dzień na zrobiony ostatnio kompas z podstawą. Było dobrze, działa. Bez niego bym przepadł. Jedzenie smakuje coraz bardziej, zmysły się wyostrzają, pokarmy nabierają głębi i odcieni. Szkoda, że nie ma słoneczka. Znowu nie mam siły, żeby zreperować sprzęt, który nawala.

Wargi ciągle bolą, schodzi odmrożona skóra z nosa i policzków. Stopy się goją. Nie wiem czemu tak się pocę ostatnio. Cały polar zalodzony, nawet kiedy idę w samym polarze, to jest cały w lodzie. Nie jest źle, najważniejsze, że idę.

18. DZIEŃ 
Na początku dnia wydawało mi się, że widzę małe ciemne plamki na kursie. Przedtem już tyle razy wydawało się, że widzę góry przed sobą, że i tym razem potraktowałem to Jako chmury. Człowiek tak bardzo chciałby zobaczyć te góry Du­feka, że inne rzeczy widzi się jako to, co się chce zobaczyć. Zawsze się okazywało, że to były chmury albo coś, co potem znikało. Ale te plamki nie znikały, a że były na kursie, więc mogłem na nie iść. Cokolwiek by to było, pomagało. Po dro­dze było z górki, pod górkę, tak że one znikały i pojawiały się znowu. Lód parę razy zatrzeszczał, ale to nie były przeszywające grzmoty czy stuki. Ot normalnie. Po trzeciej przerwie ustawiam się z pulkami, zakładam uprząż, podnoszę wzrok przed siebie, a tu dwie czarne plamy. Zbaraniałem, pomyślałem obóz, domy, co to jest? Cały czas było biało, wzrok się przyzwyczaił do białego bezkresnego horyzontu, a tu nagle coś innego. Dopiero potem zacząłem w myślach układać i interpretować to, co widzę, spojrzałem na zegarek, była 14:33 mojego czasu, kiedy pierwszy raz ujrzałem góry Dufeka. Jak to moż­liwe, przecież tam jest ponad 150 kilometrów. Nie wiem, może to inne góry, może coś innego, ale wygląda nieźle, potężny ma­syw wyrastający z lodu. Widok ten dodał mi pary w nogach. Chciało mi się prawie biec, ale przecież trzeba się oszczędzać, do gór jest prawie tydzień. Będą się teraz przybliżać, widocz­nych będzie coraz więcej szczegółów. Na razie same kontury, plamy na widnokręgu, ledwo wyłapywane przez wzrok. Czuję się raźniej. Pierwsza noc z widokiem na góry Dufeka. Rozbijam kochany namiocik, wszystko idzie dobrze.
Wieczorem zauważam, że paznokcie u nóg nie próżnowały i urosły długie. Obcinam je na wszelki wypadek, bo jeszcze nieświadomie narobią ma­łych szkód. Pokaleczą palce, jedne o drugie, albo wymyślą coś innego. Muszę uważać na każdy szczegół, nie ma czasu na likwidowanie szkód. Czas płynie szybko, ciężko jest wygospoda­rować dosłownie parę minut na zrobienie czegoś dodatkowego. Muszę się śpieszyć, ale spokojnie, a tak naprawdę poleżałbym sobie teraz cały dzień w namiocie, poczytał książkę, pospał, pojadł. Jak to byłoby fajnie. Jedzenie jest takie dobre.

19. DZIEŃ
W nocy słońce świeciło, w śpiworze zrobiło się gorąco, myślałem, że się ugotuję. Zdjąłem bieliznę, grube skarpety i czapkę. Rano nie chce się wstawać. Człowiek pospałby jeszcze, odpo­czął. Ciało jest już porządnie zmęczone. Frodo z Gandalfem i z elfami odpłynęli już z Szarej Przystani za Morze. Smutno zrobiło się na świecie i mnie też. Na nic nie ma czasu, jednej chwili, żeby się zastanowić, pomyśleć, poleżeć. Nawet pisanie odmierzone dokładnie, dziesięć minut i trzeba pisać, jak leci, żeby się zmieścić w czasie. Nieraz jak się z czymś spóźnię, zostaje tylko pięć minut. Zeszyt nie ma niestety priorytetu. Priorytet to wyjść z namiotu o 8:00 i zasnąć najpóźniej o pół­nocy.
Ale dzisiaj ciężki dzień, daje w kość równo. A raczej w kości. Na początku niby ciepło, lekki wiaterek, zastanawiam się, czy nie iść tylko w polarze. A później jak się rozdmuchało. Już nie dawałem rady. Sanki szły obok, wiatr napierał na ciało, była ostra harówa. Wiało trochę z przodu, trochę z boku. Jak zakładałem kaptur, to momen­talnie zaparowywały gogle i zero widoczności, jak tylko w czapce, to wiatr przechodził przez mózg. W końcu zna­lazłem rozwiązanie: kominiarka, zapięta czapka i na to gogle.
Teraz kiedy jestem w namiocie, słyszę muzykę. To wiatr gra. Nieźle, coś jak dzwony, harfa, pianino, ale bardzo delikatne, miękkie. Niesamowite, jak przebija się przez łopot namiotu. W walce z wiatrem woreczek okazał się nieoceniony. Dzięki niemu jako tako przeżyłem ten dzień. Na przerwie za­miast siedzieć skulony i wyziębiać się, zakładałem na siebie worek,,spokojnie jadłem, popijałem z termosu w całkiem in­nym świecie. Mogłem odtajać, nabrać sił, naprawdę worek to wspaniały wynalazek. Góry Dufeka zbliżają się powoli, ale cią­gle są daleko. Wiatr gra teraz Mike\\'a Oldfielda.
Przez ten dzień myślałem o Frodzie. Czemu musiał odpłynąć z Szarej Przystani? Czy nie było już dla niego nic na tym świecie? Smutne to, Gandalf też odpłynął z elfami. Wieczorem trudno było rozbić namiot. A na koniec okazało się, że padł rekord. Zrobiłem 27,1 kilometra, ale jestem tak zmęczony, że nie mam siły się cieszyć. Chcę odpocząć. Na ile jeszcze starczy mi sił? Nie wiem.

20. DZIEŃ 
Wspaniały dzień dzisiaj, trudny, ale wspaniały. Z rana byłem taki umordowany, że nie miałem siły iść. Człapałem, powłóczyłem nogami i nachodziły mnie czarne myśli. Jak to będzie, tak dużo kilometrów. Skąd wezmę siły, żeby się tam wdrapać. Ale nic, myślę sobie, tylko spokojnie, trzeba równo dawać kroki, żeby iść cały dzień, a o resztę się nie martwić. Po co o tym my­śleć, co daleko, nie wiadomo jak, nie wiadomo kiedy. Trzeba iść najbliższe półtorej godziny do przerwy i liczyć do tysiąca. To wszystko. Przez półtorej godziny można zrobić 6 tysięcy kroków. Ale czarne myśli ciągle przy mnie szły i co chwilę za­dawały pytania, podawały przykłady i po co to wszystko robisz, mówiły. Jakie to ma znaczenie, czy dojdziesz, czy nie dojdziesz. Po co się męczysz. To taki kawał drogi. I tak nie wytrzymasz. Daj sobie spokój. Trzymałem do nich dystans, nie pozwalałem, żeby podchodziły za blisko i starałem się spokojnie iść. Naj­ważniejsze to iść miarowo, bez zrywów, słuchać się własnego ciała, wsłuchać się w nie dokładnie i iść tak, jak ono pozwala. A ciało już nas zaprowadzi tam, gdzie będzie mogło. Dalej nie da rady.
I tak sobie szedłem, liczyłem do tysiąca i równomiernie da­wałem kroki do przodu: jeden krok, drugi, trzeci. Myślałem o różnych fajnych rzeczach z mojego życia. Nie były to jakieś bardzo ważne sprawy. Rozmowy ze znajomymi, kiedy pierwszy raz poszedłem do szkoły, zdjęcia z mamą, siostrą i z tatą w gó­rach, kiedy dostałem się na studia. Najprzyjemniejsze chwile w życiu, jakie przeżyłem, to najnormalniejsze zdarzema, do­chodzę do takiego wniosku. Nie żadne Nie Wiadomo Co, bo ono wiąże się ze sztucznością, stresem i w ogóle to jest zawsze Wielkie Nic. Nie, najprawdziwsze, najfajniejsze przeżycia to pójść z dziewczyną do kina, porozmawiać albo jak byłem mały i bawiłem się z psem, albo jak koty odprowadzały mnie od dziadków do domu. To były jedne z najlepszych rzeczy, Jakie mnie w życiu spotkały.
Wieczorem niespodzianka, zrobiłem rekordową ilość ki­lometrów, 27,4. Hurra. W namiocie cieplutko, słońce grzeje, cały jestem szczęśliwy.

21. DZIEŃ
Rekordy rekordami, ale należy spokojnie iść dalej. Wytrzymać. Wciąż jeszcze jest 923,5 kilometra do przejścia. Być może uda mi się dziś przekroczyć 82 stopień. Ach, jakby było super. Ży­ciem się ciesz, dopóki jeszcze jest, a więc się cieszę i maszeruję.
Rano słońce, ale wiatr szarpie namiotem. Trzeba iść. W nowych gatkach idzie się całkiem dobrze. Wiatr wieje i to ostro, broda zamarznięta, policzki pieką i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie gogle. Ciągle zaparowane, to największy problem. Szkoda czasu na wycieranie, para zamarza, przy czyszczeniu ściera się warstwę, która zatrzymuje promienie słoneczne, i tak w koło Macieju. Gogle są porysowane, prawie białe. Tego mi brakuje do szczęścia, gogli, których nie ma, bo nikt nie zrobił gogli, które nie zaparowują, a jak człowiek mocno pracuje, to się poci. Starałem się iść spokojnie, miarowo, równomiernie. Nie sztuka się zarżnąć, żadnych zrywów. Stanowczo do przodu. Widok gór Dufeka teraz mało się zmienia, ale widzę już zarys Frost Spur. Kiedy tam dojdę?

22. DZIEŃ 
Noc nie była zbyt wesoła. Po północy zaczęło tak dawać, że nie mogłem spać. Wiatr szarpał namiotem raz z jednej strony, raz z drugiej. Jakby próbował się jakoś dobrać. Chwilami myślałem, że coś nie wytrzyma, pęknie i rozerwie się. Łomotało nieźle tak że spać nie było jak. Myślałem, jak to będzie rano, przecież muszę iść, jak trudno będzie zwinąć namiot. Po piątej ucichło i mogłem się chwilę przespać. Śniło mi się, że śpię w domu, budzę się, patrzę na zapasowy sprzęt z wyprawy i mogę so­bie wybrać, dotykam butów i nart. I myślę tam, że to przecież sprzeczność, to niemożliwe, jestem na Antarktydzie, te rze­czy nie mogą ze mną być, bo ich nie brałem, musi mi się to śnić. Pierwszy raz coś takiego mi się zdarzyło, żeby śnić i we śnie mieć świadomość, że to sen i świadomie wiedzieć, jak wygląda rzeczywistość.

24. DZIEŃ 
Robię przerwę po półtorej godziny, trudno ustawić sanki w poprzek, chcą jechać w dół. Jest stromo, gdyby mnie pociągnęły? W pewnym momencie but zapada się w śnieg i czuję pustkę. Było twardo, nagle robi się luźno. Zupełnie takie samo odczucie jak wtedy, gdy wpadłem do wody po drodze na biegun północny, gdy załamał się lód. Nagle człowiek czuje, że tam, gdzie ciągle było Coś, jest Nic. A raczej nie ma nic. Tylko takie stwierdzenie, nic więcej. Pustka. Wyciągam but i spraw­dzam kijkiem wokoło, kijek przechodzi przez śnieg i potem może się cały schować. Teraz widzę dokładnie. Szczelina, na­wet śnieg inaczej się układa. Patrzę wokoło, jest więcej szczelin na tej drodze. Powoli, ostrożnie przechodzę w stronę skał. Za blisko podszedłem do jęzorów lodu i pęknięć, wydawała się ta droga łatwiejsza, a to nie takie proste. Nie ma czasu na rozpa­miętywanie i emocje.

25. DZIEŃ 
Amundsen pisał, że śnieg na płaskowyżu jest jak klej i rzeczy­wiście jest inny. Narty nie mają tego ślizgu, tak jakby szorowały po drobnym piasku. Śnieg hamuje i spowalnia ruch. Może ma inną strukturę i większy współczynnik tarcia. Nie wiem, czy to tylko wrażenie psychologiczne, ale wieczorem czułem, że wiatr jest mocniejszy niż przedtem tam na dole i że jest zimniej. Jestem na plateau, od tej pory będzie zimniej i ciężej. Muszę wejść na wysokość ponad trzech kilometrów. Cóż, zobaczymy, ważne, żeby codziennie iść, a więc idę. I tylko to się liczy, nie­zależnie od pogody, wiatru, temperatury: wstać i iść.
Przerwy w woreczku fajne. Kiedy się ma przyjaciół, na których można liczyć, wszystko idzie dobrze. Wczoraj zrobi­łem tylko sześć kilometrów i dziś chciałem to nieco nadrobić, więc starałem się iść szybciej i dłużej, bo do 19:45. No i pro­szę, okazało się, że zrobiłem 32,5 kilometra. Najwięcej, jak dotychczas. Jutro może dojdę do 83 stopnia. To właśnie z tej szerokości dwóch Polaków wyruszyło 13 marca tego roku w kie­runku bieguna północnego. Udało im się, doszli, a jak będzie ze mną?

26. DZIEŃ
Kiedy rano zakładam skarpetki śmierdziuchy, ot, takie piesz­czotliwe zdrobnienie, bo są trzy rodzaje skarpet, wykruszam z nich biało-pomarańczowy pył. Proszek ma taki kolor, jak tabletki z witaminami i solami mineralnymi, które codziennie biorę. To jednak prawda, czego uczono w szkole na biologii, wypacam sole mineralne. Tutaj się wkłada do ust, prze­chodzi przez organizm i tam wychodzi przez nogi. No tak, tylko skarpetki mają już 26 dni, ciężko by było zrobić taki eksperyment w szkole.

27. DZIEŃ 
Najważniejsze jest teraz dobre zaplanowanie jedze­nia. Nie można się tu pomylić, bo to katastrofa. Chodzi o to, że jdli miałbym szansę dojść przed sześćdziesięcioma dniami, to można zużyć jedzenie jako dodatkowe porcje w ciągu dnia. To mocny efekt, bo daje parę i obniża wagę. Dodatkowa dawka, kiedy organizm będzie już wyczerpany i będzie musiał spa­lać różne własne tkanki, ma kolosalne znaczenie. Niższa waga sanek powoduje, że można iść szybciej. Podwójny efekt. Oczywiście najbezpieczniej jest ciągnąć zapas do końca, bo jeśli się pomylę, to zostaję na lodzie i mogę nigdzie nie dojść. Nara­zie nie wiadomo, jak to będzie. Daleka droga, a ja jeszcze nie jestem nawet w połowie. 86° S to stopień kontaktowy. Tam bę­dzie można zadecydować, co dalej. Zobaczymy, jakie jest zużycie paliwa, ile robię dziennie kilometrów, trzeba sprawdzić zuży­cie innych rzeczy i wtedy coś zrobić, jakieś ruchy. A na razie spokojnie iść.
Pogoda zmieniła się ze złej na jeszcze gorszą. To silny wiatr i chmury, to white-out, śnieg dryfujący od czasu do czasu, a później już cały czas. Nie było słońca, nie było spokoju. Na­pięcie, czy dobrze idę, pokazały się duże za strugi, buły, zaspy i trzeba było przez nie przejść. Nie było innego wyjścia. Mo­mentami miałem dosyć. Czasem było cicho i wtedy wiatr uderzał nagle, takie bum, błyskawiczne przyspieszenie. Parę sekund i już był rozpędzony na całego. Nieraz myślałem so­bie, żeby choć słońce było albo bez wiatru. A jednak można było iść i turlać się do przodu. Dużo zastanawiałem się dziś, jaki jest sens robienia takich rzeczy. W końcu najważniejsze to dawać sobie radę i nie pękać. Wieczorem w namiocie przy­tulnie, na dworze zrobiło się cicho jak makiem zasiał. Nie do wiary. Polopiryna smakuje jak cukierek cytrynowy, pół tabletki, żeby rozrzedzić krew, to przeciw odmrożeniom. N o i dzień się kończy. Po trzydziestu dniach sprawdzę stan żywności i paliwa i może zastosuję pewien manewr, ale jeszcze zobaczymy. W tym zamieszaniu udało mi się przejść prawie 29 kilometrów. Głowa i uszy do góry, oby tak dalej. Ale jestem spracowany, odpoczął­bym, poleżał i pospał.

28. DZIEŃ 
Jedyny zapach, jaki czuję, to przepocone ubranie, śpiwór i ja sam. Od prawie trzydziestu dni bez wody, bez mycia itd. Ktoś powie, ale śmierdzi to wszystko, brr... albo fe... Ale dla mnie to najprzyjemniejszy zapach na ziemi teraz, bo innego nie ma. Lód, śnieg i wiatr nie pachną, je się czuje, ale inaczej. A w tym zapachu jest mój wysiłek, droga i łzy. Zapach życia i pracy, czy może być coś przyjemniejszego.
Sanki idą jak po kleju, zapadają się, hamują, narty też się zapa­dają. Idzie się wolno i ciężko. I chce się wyć. W końcu jednak nie jest tak źle. Trzeba zacisnąć zęby i pracować. Tłumaczę tak to sobie, ale mimo wszystko smutno, nie wiem dlaczego, i coś ściska gardło. Z prawej strony widzę górę Kamińskiego. Ciekawe, kto to był i co tu robił, i dlaczego nazwano jego na­zwiskiem tę górę, wokoło same angielskie nazwy. Sprawdzę po powrocie.
Słońce znika całkowicie, idę na czuja, ale ślad zostaje zygzako­waty. Nie ma wiatru, przerwy fajne. Wkrótce słońce znów wy­chodzi i oświetla wszystko. Nagle olśnienie, widok jak z bajki, tonące w chmurach góry, biała jasna płaszczyzna i wijący się przez nią od gór aż do mnie ślad. Nie da się tego opowiedzieć, to można tylko zobaczyć, może raz w życiu, cały dzień na dłoni, ślad, góry, sanki i ja. I bajki Andersena, powidci Tolkiena, po­dróże, o których marzyłem, inne światy i planety, do jakich tęskniłem, teraz wszystko to mam jak na dłoni przez chwilę. Jedną chwilę i nagle, tak jak przyszło, odchodzi.

29. DZIEŃ 
Gorąco w nocy, słońce nagrzewa namiot. Za mało otworzyłem lufcik i aż brakowało mi tchu. Budziłem się i dopiero nad ranem wpadłem na to, żeby otworzyć całkiem wentylację. Teraz, kiedy gotuję, też jest ciepło, spociłem się w polarze.
Zbliżam się do dnia trzydziestego i 84°, czyli połowy drogi. Nie wiem jeszcze na pewno, ale może zacznę wstawać o 5:00 rano i będę szedł do 18:00, o pół godziny dłużej niż teraz, czyli dziesięć i pół godziny marszu dziennie. Żeby organizm to zniósł spokojnie i miał kalorie na to, zużyję pięć porcji dziennych czekolady, batoników, napoju i musli na dziesięć dni jako dodatek od trzydziestego pierwszego do czterdziestego dnia wyprawy. Jest to nieco ryzykowne, ale w miarę bezpieczne. Śniadania, kolacje i olej zostają nienaruszone, paliwo też. Jeżeli wytrzymam tempo i nic się drastycznie nie zmieni, mam szansę dojść w pięćdziesiąt pięć dni, a dodatkowe kalorie przydadzą się właśnie teraz. Mniejsza waga później też.

31. DZIEŃ 
Dodatkowe kalorie, dłuższy marsz o pół godziny, bo trzeba zrobić kilometry, żeby zarobić na dodatkowe batoniki i czekoladkę. Kiedy się idzie, najważ­niejsze wydają się kilometry, ileż to dzisiaj się przejdzie. Lecz później rozbijam namiot i marsz przestaje mieć znaczenie. Je­stem w domu, po robocie, gotuję jedzenie, suszę rękawiczki, opatruję stopy i żyję sobie tak cały wieczór. Piszę, naprawiam, zszywam, coś dokręcam, coś tam odkręcam. Dziwne, ale nie interesuje mnie specjalnie, ile zrobiłem kilometrów. Zrobić wszystko szybko, wyrobić się z czasem do 22:00, to się liczy. I troszeczkę pożyć spokojnie, poczytać książkę, popatrzeć na namiot. Lubię oglądać namiot w środku, sprawdzać wzrokiem poszczególne worki, cieszyć się, że wszystko jest w porządku. Jaka o radość, kiedy to, co potrzebne, jest pod ręką. To mój cały świat, śpiwór i worki. I słońce, które ogrzewa teraz prawą stronę namiotu. A ja siedzę po lewej na śpiworze i piszę. Sprawdzam pozycję, ale numer: 84° 30\\' 00,2" S, 52° 08\\' 31,6" Wv, to znaczy, że przeszedłem 32,6 kilometra i idealnie trzymałem kurs 160°. Prosto na Biegun. Zrobiłem 18 mil w kierunku Bieguna, to naj­więcej do tej pory. Naprawdę tyle zrobiłem, niemożliwe. Może maszynka się pomyliła. Jest dobrze, ważne, że nie jestem zaje­chany, mam ochotę pisać, naprawiłem rękawiczki. Jutro znowu jest dzień i będę mógł iść. Więcej nic mi nie potrzeba.

32. DZIEŃ
"Zesłani, zesłani, poniżeni, potępieni i sprzedani, co robicie w pie­kła sztolniach, brodzqc w błocie, depczqc lód, czy śmierć daje ludzi wolnych znów pod knut? To nie tak, to nie tak, nie użalaj się nad nami, tyś poeta, myśmy raju znieść nie mogli, tu nasz żywioł, tu nasz dom, tu nie wejdq ludzie podli, tutaj żaden nas nie zdziesiąt­kuje grom."
A gdyby tak do listy wyposażenia dołączyć wiersze, które są mną i które sobie czasem powtarzam. One też pomagają i to jak bardzo. Tak jak ubranie chroni przed zimnem, na­miot daje schronienie, prymus ciepłą wodę, wiersze pchają do przodu i są paliwem dla skołowanej duszy. Tak, stanowczo po­winny należeć do listy wyposażenia, wypisane słowo po słowie. Wiatr się wzmaga, już go słychać, ściany namiotu drżą. Robi się zimniej. Wczoraj zaczęły się za strugi. Są dosyć duże, niektóre mają pół metra wysokości, nieraz metr. Śnieg na zastrugach jest twardy, mocno ubity, można nawet złamać nartę, kiedy się zrobi nieodpowiedni ruch. A przecież będzie coraz więcej zastrug.

33. DZIEŃ 
Obudziłem się. Leżałem i marzyłem sobie, a może by dziś zo­stać w namiocie? Spać cały dzień, zebrać siły i dopiero jutro od nowa. Ale przecież idzie się dobrze, można ewentualnie spokojniej, po co leżeć i tak jest do przejścia prawie sześć­set kilometrów i to trzeba zrobić. Można odpocząć w marszu. Zobaczymy później, może rzeczywiście dzień przerwy by się przydał, aby uporządkować sprzęt, dokonać napraw i wypocząć. Jest zimno w namiocie, może dlatego, że nie ma słońca, ale za to kompletna cisza. Nie słychać buczenia wiatru ani namiot nie drży. Jeszcze może być dobry dzień.
Przypominają mi się słowa z piosenki Edith Piaf "... miłość, gdy chce, to z posad poruszy twój świat". I ta melodia. Zostało jeszcze 585,4 kilometra i pomału trzeba będzie to przejść. Tak jak na Północnym, 88 stopień jest dla mnie stopniem Nadziei. Jeżeli tam dojdę, to jest szansa, że dojdę również na Biegun. Tam bę­dzie już coś wiadomo. Na razie cel to 86°, stopień kontaktowy. Stamtąd jest już kontakt z Biegunem. A dziś może uda mi się osiągnąć 85 stopień. Jaka to była skala na Północnym: 86° - to już jest coś, 87° - nieźle, 88° - nie do wiary, 89° - kończy się skala i zaczynają cuda. I teraz jest podobnie, tylko odległość większa. Jak ja tu zaszedłem, prawie na 85 stopień. Wczoraj czułem się fatalnie, na nic nie miałem ochoty. Dziś jest lepiej. To ciekawe, że ktoś, kto nie ma nic, może osiągnąć wszystko. Cały świat jest dla niego i nie musi się o nic martwić. Szkoda, że często o tym nie wie. Inny, który osiągnął wiele, może tylko stracić. Co można odnaleźć w samotności. Odnaleźć to może nie, ale zobaczyć. Można zobaczyć siebie, ale ten obraz wcale nie różni się od codziennego. Nie czuję się wcale inaczej niż tam w mieście, idąc ulicą. Nie czuję się mniej czy bardziej sa­motny. Tu jest spokojniej, można się bardziej skupić. Owszem, pewne rzeczy lepiej widać, po prostu wyraźniej, ale nie Inaczej.
Wychodzę z namiotu, white-out, nic nie widać nawet na dwa metry. Białe mleko wokoło, niebo, ziemia, powietrze, wszystko ma jeden odcień bieli. Jedyna pociecha to fakt, że nie ma wiatru. Jak tu iść, zakładam kompas na pasek i dalej jazda. Przez okulary świat wydaje się ponury, nagle pojawiają się w ostatniej chwili zastrugi. Albo spadam metr w dół, bo okazuje się, że zastruga się kończy. Parę razy mało nie złamałem narty. Uważam cały dzień, to niby pomaga psychologicznie, bo i tak nic nie widać. Wzrok powoli przyzwyczaja się, nogi też do nagłych zmian poziomu i jakoś się jedzie. Ciągle patrzę albo na kompas, albo przed narty. Idę wolno i żałuję, że nie zrobiłem dnia po­stoju. Przynajmniej bym odpoczął. Ale potem coś się we mnie przełamuje i robi się dobrze. Daję sobie radę, idę do przodu, nie jest źle Marku. A co tam pogoda, musisz iść i katować. Samo się nie dojdzie.
Wieczorem przejaśnia się, widać złotą kulę przez chmury. Od razu inaczej, ciepło, przyjemnie. Jak fajnie rozkłada się namiot w polarze. Coś mi się dzisiaj zacinają zamki, w spodniach, w namiocie, w polarze. Małe kłopoty z prymusem, nie grzeje do rze, przepala, leci powietrze. Wyłączam, stukam, pukam, dmucham, zapalam jeszcze raz. Za którymś razem zaczyna działać dobrze. Oby dobrze chodził. To podstawa życia. Bez prymusa koniec. Straciłem 20 minut. Bielizna jest aż twarda od potu, który wysechł na niej dziesiątki razy. Żyje mi się dobrze. A teraz idę spać. Zrobiłem 27,4 kilometra, w białej ciemności to doskonale, myślałem, że będzie dużo mniej. Do Bieguna 588,3. Kto wie?

34. DZIEŃ
W nocy były numery. Po północy słońce zaczęło tak grzać, że w śpiworze zrobiło się gorąco. Można się było ugotować. Rozebrałem się do bielizny, wciąż za gorąco. Założyłem z po­wrotem rzeczy i położyłem się po prostu na śpiworze. Nad ranem zrobiło się zimniej i wszedłem z powrotem do śpiwora. Rano w namiocie jest ciepło, słońce dobrze grzeje, czyli nie ma chmur. Będzie można iść na cień. Rano, jak zadzwonił bu­dzik, tak mi się nie chciało wstawać, jeszcze bym pospał chociaż kwadrans. Skończyło się paliwo w butelce, trzeba zacząć następną. Wiatr wieje dziś mocniej, słychać, jak bu­czy i poszarpuje namiotem. Ale jest słońce i to jest dobre. Na policzkach od wiatru i mrozu po­robiły mi się grudy, tam gdzie miałem stare odmrożenia, pewnie się odnowiły. Naklejam plastry na twarz, aby się ochronić od wiatru i mrozu. Zimno w palce u nóg, zakładam stuptuty. Je­stem na 85°, do przejścia jeszcze pięć stopni. Daleko.
Co tak naprawdę nas gna, aby robić takie wyprawy, przecież nie trzeba. Biegun został zdobyty, można siedzieć w domu, pić kawę i jeść ciastka. Po co iść na Biegun. Do czego potrzebny jest Postęp, po co robić coś Nowego. Czy ma to znaczenie, czy nie lepiej, aby zostało po Staremu. Sam nie wiem, niby lepiej, zawsze dzieje się coś nowego, nowe przedmioty, zabawki. No rzeczywiście, może lepiej, tak by człowiek nie wytrzymał, zdegenerowałby się, zgnuśniał i rozpadł.
Dziś świeciło cały czas słońce i można było łatwo iść według cienia. Tak, kurs dziś dobry, tylko mało kilometrów. To przez zastrugi, to jednak nie to samo co po równym. Wiem, że będę szedł każdego dnia, dopóki będzie jedzenie, paliwo i siły, ale jak tam dojdę, nie wiem. Nie wiem też, jaki jest dzień tygodnia ani ile dokładnie kilometrów przeszedłem, wychodzi na to, że siedem stopni po szerokości, czyli około 800 kilometrów. Jak to się stało, kiedy? To tyle, ile na biegun północny, siedem stopni - a przecież wysiłek jest wysiłkiem, wtedy były torosy, otwarta woda, ale też przez to cały czas się nie szło. Były przystanki, przeciąganie we dwóch, tutaj jest marsz bite 10,5 godziny z przerwami. Na Pół­nocnym szliśmy 4 X 2 godziny i 4 przerwy X 0,5 godziny. Tutaj idę 6 X 1,5 godziny + l przerwa X 0,5 godziny + 4 przerwy X 15 minut. A więc na Północnym 8 godzin marszu + 2 godziny odpoczynku, na Południowym 9 godzin marszu + 1,5 godziny odpoczynku. Tutaj marsz jest bardziej intensywny, tam przy­najmniej można było złapać oddech. Na Południowym cały czas marsz, marsz, marsz. Jestem już zmęczony, przytuliłbym głowę do śpiwora i spał całą noc i potem dzień, i jeszcze noc. Słuchałbym wiatru, leżał, patrzył na namiot, na termos. Ale muszę iść, żeby zdążyć na czas, i będę szedł, póki sił starczy.

Gogle wytarły się wewnątrz: są białe, przezroczyste, oczy bolą, aż kłuje, kiedy się przez nie patrzy. Szedłem dziś długo w oku­larach, ale policzki całe zalodzone, łatwo odmrozić. Może przy­kleję plaster na szybkę, żeby nie było tyle światła. Słoneczko świeci, znowu w nocy może być gorąco. Na wszelki wypadek rozbiorę się do naga i wsunę do śpiwora, może będzie dobrze.
W 1993 roku przeszedłem Grenlandię, to było 600 kilometrów w trzydzieści pięć dni z sankami, które ważyły 70 kilogramów. Teraz w trzydzieści pięć dni przejdę ponad 800 kilometrów, z sankami, które na początku ważyły około 130 kilogramów, w cięższym terenie, wejściem na płaskowyż, zastrugami, wia­trem i szczelinami. Smutny jest los człowieczy, który nie wiadomo po co i dlaczego ciągnie się przez świat.

35. DZIEŃ
Tyle szliśmy przez Grenlandię. Zleciało w oka mgnieniu. Nie da rady zatrzymać czasu, przejdzie po nas jak walec i powoli dzień po dniu wyciśnie z nas życie. Przypominam sobie, że to jakbym wczoraj zdawał maturę, a to już trzynaście lat. Nie chce mi się wierzyć, za trzynaście lat będę miał czterdzieści cztery lata i będę już bardzo dorosły. To będzie jutro. A dziś w nocy nie mogłem spać, było za gorąco, paliła mnie zgaga, zmęczenie, napięcie nie wiedzieć czemu, i tak się przewracałem z boku na bok.
Opadają mnie wątpliwości, jak to będzie przez te 530 kilometrów, przecież ja ledwo idę. Jak ja to przejdę? Czy nawet jeden dzień wypoczynku coś da. Ledwo zipię. Jestem przygnę­biony i przybity. To ze zmęczenia. Ale idę przez te za strugi, jasny gwint by je trafił. Wyjątkowo dają się we znaki. Przecho­dzę przez całe wzgórza, doły, ciągnę i ciągnę. Całe fale, jedna po drugiej, seriami. Nie ma końca, tylko za strugi i za strugi, ale widocznie tak już musi być. Nikt nie mówił, że na biegun po­łudniowy prowadzi szeroka autostrada, najlepiej z lodu. Trzeba brać to, co jest, bo nie jest wcale źle. Ciężko, to prawda, jestem wyczerpany, to fakt, ale trzeba zapracować na Biegun.
Piecze mnie zgaga od oleju sojowego, pękł drugi but, no i nic, trzeba sobie radzić. Zastanawiam się, czemu nie podziwiam w tym cza­sie natury, widoków, słońca i białych przestrzeni. Czemu nie miewam wzniosłych myśli? Może dlatego, że w dzieciństwie ja­dłem za mało płatków owsianych. Kiedy idę, widzę cień, kijki wbijane w śnieg, narty, którymi depczę śnieg i zostawiam ślad. Odpycham się nimi od ziemi do przodu. Śniegowi przyglądam się i kontempluję szczególnie wówczas, kiedy sikam lub robię kupę. I oto cała podróż: wstaję, sikam, jem, robię kupę, idę, od czasu do czasu jem, piję i sikam, rozbijam namiot, nawiga­cja, jem, piję i idę spać. To esencja, reszta to tylko nieistotne szczegóły.
Wieczorem przychodzi do mnie lepszy nastrój. Przeszedłem prawie 30 km, do Bieguna niemal równe 500 km. Czy ja rozu­miem, co to znaczy 500 km. To tyle co z Gdańska do Berlina. Samochodem sześć godzin jazdy.

36. DZIEŃ 
Świat ten, tam daleko, wydaje się sztuczny i nierzeczywisty, a namiot, prymus i marsz są dla mnie jedyną rzeczywistością. I nic innego nie ma tu znaczenia, żadne wyczyny, wy­ścigi, kto pierwszy. Tylko to, że wciąż idę, daję sobie radę i jest mi dobrze. Może dopiero teraz staje się to prawdziwe, kiedy to, co niepotrzebne, mgliste i nie­istotne opada na dno. Człowiek czuje prawdę i czuje się naprawdę człowiekiem, bez tych wszystkich sznurków. A Prawda i Dobro lubią mieszkać razem. Wiatr mocny jak diabli. Czas się zbierać i iść.
Dziś dzień mocny i twardy. Mocny jak wiatr, który wiał z połu­dniowego wschodu, i twardy jak za strugi, które nie odpuszczały cały dzień, a było ich całe mrowie. U-ha, mocna rzecz ten dzień, a taka mnie rano wzięła chętka, żeby odpocząć. Ale je­stem szczęśliwy, że szedłem, nie dałem się skusić, wytrzymałem i zrobiłem kilometry. No i dobrze, najlepszy wypoczynek to do­bry marsz. Wiatr hula po karku, oblizuje stawy i jeździ po kręgosłupie. Na nic spodnie, anorak, czuję się niemal, jakbym był nagi. Pod ma­ską też niewesoło, czuję bąbel na prawym policzku, to pewnie świeże odmrożenie.
W tym cholernym wietrze, po skubanych za­strugach zrobiłem 27 kilometrów. I do tego, sam nie wiem kiedy, wdrapałem się na 2100 metrów. To znaczy, że tylko dziś pokonałem różnicę wysokości 400 metrów. Naprawdę dużo, pod ten wiatr, z sankami, super. Czuję się świetnie, jestem szczę­śliwy. Dobranoc. Zasnę z moim małym szczęściem, niech będzie ze mną jak najdłużej. A szczęście polega na tym, że mimo wiatru, zastrug i trasy pod górkę zrobiłem 27 kilometrów, zjadłem i przede mną osiem godzin snu w ciepłym śpiworze. A przecież mogłem spać cały dzień i nic bym nie przeszedł.

37. DZIEŃ 
W nocy zawierucha najsilniejsza, jaką do tej pory przeżyłem na Antarktydzie. Namiot trzepotał, wszystko drżało, wyda­wało się, że zaraz coś pęknie, urwie się albo rozerwie. Na­miot wewnętrzny chodził we wszystkie strony. Myślałem, że jadę pociągiem, tylko nie wiem dokąd. Dobrze, że wieczorem umocowałem dokładnie linki, zaczepy, przysypałem namiot po­rządnie śniegiem, obsypałem narty i kijki dodatkowo. Warto było się potrudzić, mogłem spać spokojniej, że przynajmniej jeśli o mnie chodzi, zrobiłem wszystko jak trzeba. Wiatr prze­nika przez namiot i śpiwór i czuję, jak harcuje mi po stawach. Nie wiem, może mam już tak przewiane i wymrożone stawy, że są bardziej wrażliwe, ale bolą mnie w nocy. Najgorzej bar­kowe. Rano namiot zasypany śniegiem. Pełno go na ścianach, nie można otworzyć zamka wejściowego. Wczoraj wiatr roze­rwał mi anorak, zszywam teraz. Próbuję wymyślić coś na stawy barkowe, ochronę przed wiatrem, ale ciężko. Worek foliowy, opaski neoprenowe, skarpety przecięte, szalik? Wszystko się zsuwa albo uciska, albo ma inne wady. Wiatr szaleje i ryczy, a ja się pozbieram i pójdę. Może będzie lepiej ze stawami. Zresztą po burzy jest słońce.
Pamiętam, że na Północnym przez ostatnie siedem dni wal­czyliśmy z wiatrem w twarz. I człowiek przeżył. Dzień bardzo ciężki, wieje niemiłosiernie, jest mi zimno, jestem wychłodzony, czuję to, nie mam siły, żeby iść. W nocy nie można dobrze wy­spać się przez słońce. Tracę siły. Źle, że wyrzuciłem spodni polarowe i to zaledwie dwa dni temu. Trzeba było poczd\\' c do 86°. Przeżywam straszne katusze, że tego nie zrobiłem, o zaledwie dwa dni. Może zrobię coś z worka na prymus, jakieś gatki przeciwwiatrowe.

38. DZIEŃ 
Nie mogę spać. Gorąco od słońca, do tego myśli, jak zastąpić spodnie. Wiatr szaleje, wzmaga się jeszcze bardziej.
Koło ósmej wychodzę ze śpiwora i zaczynam działać. Takie miałem dobre spodnie, tyle czasu je niosłem, jakie licho mnie podkusiło, żeby je zostawić. Robię remanent wszystkiego, co mam i czym mogę się ocieplić. Za­kładam na kolana opaski neopre­nowe, worek na gacie z otworami na nogi, z przodu w gacie wkładam bo­tek do chodzenia po namiocie. Prze­cinam stare skarpety wełniane i robię opaski na łydki. Zobaczymy, jak to będzie. Ważne, że idę i nie odpusz­czam. Tak siedziałbym w namiocie i gryzłyby mnie myśli, jak to jutro będzie, czy w kalesonach i spodniach przeciwwiatrowych wy­trzymam z tym wiatrem. A tak pójdę i będę wiedział.
Idę, niby w nogi nie jest tak zimno, ale kiedy robię siku, wszystko zimne i zmarz­nięte, podudzia zimne, prawie ich nie czuję. Na górze też nie za dobrze. Bielizna i polar mokre, a stawy barkowe bolą jak cholera, aż zęby ściskam z bólu czasami. O bracie, tak dalej nie można, bo się źle skończy. Wpadam na prosty pomysł, żeby iść w kurtce puchowej. Robi się cieplutko, przyjemnie. Dobrze, że głupota nie zaćmiła myśli i nie wyrzuciłem kurtki.
Wieczorem w namiocie działam do późnej nocy. Kolacja, na­wigacja, myk myk i zabieram się za robotę. Porządkuję rzeczy, sortuję, przeglądam, czy coś się przyda do ocieplenia nóg. Wo­rek się nie sprawdza, nie grzeje, za to moczy, całe gacie mokre, nie ma dobrej wentylacji. Co by tu wymyślić, to nie takie proste, żeby grzało, ale nie za bardzo i nie utrudniało marszu. Opaski neoprenowe i opaski ze skarpet sprawdziły się świetnie. A więc robię taką rzecz. Szalik polarowy (dostałem go od Gamy, też uratował mi bez mała życie, jak to pięknie, że go dostałem, niech będzie niezapomniana ta chwila) dzielę na pół i przy­szywam do gatek, robiąc w ten sposób krótkie spodenki. I tą prostą drogą uda są całe zakryte polarem, dalej na kolanach opaska neoprenowa i na podudzia góra odcięta od skarpety, czyli nogi są kryte. Zresztą zobaczymy, jak to będzie pracować jutro. Przychodzi mi do głowy, że można czapkę polarową i ko­miniarkę porozcinać i naszyć na gatki z przodu i z tyłu, ale robi się późno. Zobaczymy, jak sprawdzi się szalik, jeżeli będzie za zimno, popracujemy nad tym. Biorę jeszcze zapasowy sznurek i zawieszam go w namiocie po prawej stronie. Niezła myśl, bo rozwieszam na tym rzeczy, anorak, kurtkę puchową, spodnie i inne. Schną w nocy, ale najważniejsze, że chronią mnie od słońca, tworząc jak gdyby parawan. W końcu mogę spać spo­kojnie, nie ma tych wahań temperatury a przy okazji ubranie podeschnie. Proste, że też wcześniej na to nie wpadłem. Jednak wciąż trzeba analizować sytuację i szukać rozwiązań. Nie je­steśmy na nic skazani. Prawie zawsze jest jakiś prosty sposób, żeby uniknąć tego, co nam przeszkadza albo jest niewygodne, albo złe.

39. DZIEŃ 
Wspaniała noc, prawie się nie budziłem, parawan sprawdził się bezbłędnie. Wiatr oczywiście pracuje, miecie śniegiem równo, szarpie namiotem, czyli wszystko po staremu, a taką miałem nadzieję, że w nocy ustanie. Wiatr przeszywa mi górę ciała okrutnie, a naj­gorzej stawy barkowe. Nieraz tylko jedną ręką odpycham się kijkiem, druga zwisa bezwładnie. Staw tak mnie boli, że nie mogę ruszać ręką. Najgorzej prawy bark, przewiało mi go na Północnym. Pamiętam nawet kiedy, przez ostatni tydzień był silny wschodni wiatr, z prawej strony i to może on rozwalił mi ten staw barkowy. A może co innego w innym miejscu i innym czasie. Dół sprawuje się doskonale, kiedy sprawdzam ręką przy sikaniu, wszystko ciepłe. Ale teraz te stawy barkowe, bolą tak, że aż hej, pewnie biedne są mocno przewiane. I tak idę sobie cały dzień przez te za strugi, przez ten wiatr, a słońce świeci.
Kiedy rozbieram się w namiocie, wszystko jest mokre od potu. To nic, wysuszy się. Gatki pracowały rewela­cyjnie i zasłużyły na pochwałę w zeszyciku. Przeszedłem dziś 28,1 km, w tych warunkach to nieźle, oby tak trzymać dalej. Do Bieguna jeszcze 401,9 km, czy wytrzymam? Zobaczymy, na razie trudno mi to sobie wyobrazić, ale najważniejsze to iść, a nie wyobrażać sobie.

41. DZIEŃ
Jeszcze dziesięć dni do Wigilii i świąt Bożego Narodzenia. To już tuż tuż. Za parę dni. W Polsce zakupy, choinki już rozsta­wione na placach, wszystko udekorowane świątecznie. Girlandy światełek, ubrane choinki, bombki. W niedzielę sklepy otwarte, kto nie zdążył, robi zakupy. Trzeba kupić jedzenie, karpia, pre­zenty. Pamiętam, kiedy byłem mały, jak bardzo lubiłem ubierać choinkę w domu i u babci. Bombki, światełka, anielski włos, no i czubek. Choinka musiała być prawdziwa, z lasu. Najlepsza ze świąt jest Wigilia, czekanie, aż zajaśnieje pierwsza gwiazdka na niebie, zasiadanie razem do kolacji. Być razem, śpiewać kolędy, rozmawiać, zjeść barszcz z uszkami, karpia, pójść na pasterkę i tam spotkać znajomych. A potem w następne dni odwiedzać rodzinę, przyjaciół, oglądać filmy, pójść na spacer nad morzem i karmić łabędzie. Ile razy w ciągu ostatnich piętnastu lat by­łem w Domu na Wigilii. Mogę policzyć na palcach jednej ręki. A przecież to jedna z najpiękniejszych rzeczy, jakie są w tym ży­ciu. Nadzieja, Wiara, Miłość i wszystko jest w tym dniu, czego człowiekowi najbardziej potrzeba, czego człowiek szuka całe życie po szerokim świecie. A to wszystko jest właśnie w tym dniu na wyciągnięcie ręki, można dotknąć, można to czuć jak nigdy. Chrystus się rodzi, aby dać nam nadzieję.
Rano na pierwszej zmianie nie chce mi się iść, oj nie chce. Jestem jak zamroczony, oszołomiony wiatrem, ledwo widzę na oczy. A tu teren porządnie zastrugany i trzeba katować. Za­strugi mają różne formy, jak ostańce, muszle, pałace, płet, grzbiet delfina, każdą rzecz można wyodrębnić w zastrugach. Ale ja nie mam czasu na zastanawianie się nad tym i wyobra­żanie sobie, co też to mogłoby być. Depczę zastrugi nartami i sankami, odpycham się od nich, byle do przodu. Trzeba się nieraz zdrowo napracować, żeby przeleźć przez zbiorowisko za­strug. Doły i grzbiety jeden za drugim, łatwo złamać nartę. Największe zastrugi giganty dochodzą do dwóch metrów. Są twarde jak skała i wygląda to niesamowicie, no bo płasko, a tu nagle takie buły. Kiedy się patrzy na ten krajobraz, to wygląda jak pole, na którym ktos porozrzucał dużo głazów, nie wia­domo po co. Często przypomina mi to biegun północny, na 86° N było podobnie. Bardzo podobnie, niemal tak samo. Tak tam, jak i tu trzeba się wdrapywać i zjeżdżać, przeciągać sanki. Najgorsza mordęga, marsz jest szarpany, dużo wysiłku i czło­wiek szybciej się męczy. Nie można utrzymać tempa.
Do Wigilii jeszcze dziesięć dni, aż nie chce się wierzyć. Zapo­mniałem o św. Mikołaju. Może zrobię go sobie teraz w naj­bliższych dniach. Mam jedną tabliczkę czekolady więcej, nie wiem, czy zjeść ją na św. Mikołaja, czy na Wigilię, a może pół na pół? Muszę powoli przygotować się do Wigilii. Nie mam opłatka ani chleba. Będę musiał o wszystkim pomyśleć. Tylko skąd wziąć choinkę, ozdoby i prezenty. Zobaczymy, może coś się wymysli. Wigilia na biegunie południowym, to jest po dro­dze. Przypomina mi się św. Mikołaj w pracy. Ostatnio dostałem w czerwonym buciku, takim jaki noszą Mikołaje albo krasno­ludki, słodycze, owoce, och, czegóż tam nie było. Jakie smaczne były czekoladki. Jak fajnie jest przyjść do pracy i znaleźć pre­zent. Mam wspaniałe koleżanki i kolegów, a oni powiedzieli Mikołajowi, że ja nie jestem taki zły i cos mogę dostać. Kiedy byłem małym chłopcem, przebrałem się za świętego Mikołaja i rozdawałem prezenty dla całej rodziny.

Noga bardzo boli i obtarcie jest coraz większe. Kiedy wieczorem zdejmuję but, wszystko zakrwawione, mokre i lepkie od krwi. W lewej nodze dziura i żywe czerwone mięso. Och jak piecze. Smaruję maścią, to jedyne, co mam, i zalepiam plastrem. To wszystko, co mogę zrobić. Jutro muszę iść dalej.

42. DZIEŃ
Noc przyjemna, ćmią mnie trochę stawy, ale to nic, jest OK. Rano już od piątej nie mogę dalej spać z wrażenia, że nie jest tak daleko. Do Bieguna jeszcze 347,0 kilometra. Tyle co z Gdańska do War­szawy. Pociągiem trzy i pół godziny, samochodem nieco dłużej. To niesamowite, wsiada człowiek i już jest, a tutaj wszystko niepewne. Na szczęście na Biegun nie ma autostrad, nie cho­dzą też pociągi. Swoją drogą to ciekawe, czy na Antarktydzie będą kiedys żyć ludzie. Miejmy nadzieję, że Antarktyda zosta­nie nietknięta. Żeby tylko dzisiaj zrobić więcej kilometrów. Naj­bliższy cel to 88°. To naprawdę stopień Nadziei. Kiedy tam będę, to można będzie ogarnąć rozumem, że Biegun już nie­daleko. Chociaż zawsze aż do samego końca może się coś stać, więc trzeba uważać i nic nie jest pewne. Może się zdarzyć tysiąc rzeczy i wtedy koniec.
Teraz martwię się o lewą stopę. Wygląda nieciekawie, prze­tarta dziura niemal do kości, nie pomagają założony plaster ani maść, a nic innego nie mam. Spróbuję zmienić skarpetę na grubą, skarpetę vapour barier zmienię na wo­rek foliowy, który nie ma szwów, mniej będzie tarło. Ale czy to coś pomoże? Największy wpływ mają chyba jednak za strugi, to dodat­kowe obciążenie dla nóg.
Gacie suszę w nocy na parawanie i kiedy rano je zakładam, widzę nogi- jak patyczki, wychudzone ciało, w ogóle cały je­stem taki zabiedzony i dziwię się, jak toto ciągnie sanki i jest w stanie iść pod wiatr i przez zastrugi. Skąd w ogóle bierze się energia, żeby złożyć namiot, założyć narty i zaprząc się do pulek.
Niewesoły dzień dzisiaj. Niewesoły aż do bólu i nielekki z ka­torżniczymi zastrugami. Ból, ból i jeszcze raz ból w lewej stopie. Rano sprawdziłem dokładnie buty. Okazało się, że wełniany but wewnętrzny jest przetarty, ma dziurę wielkości 4 centy­metrów. Może jedno z drugim się złożyło wtedy, gdy zdjąłem neoprenową opaskę, nie wiem, ale jest przyczyna. Ta dziura + dziura w przetartej skarpecie wełnianej i wszystko jasne. Twardy, wzmocniony grzbiet buta szoruje po stopie i robi na­stępną dziurę. Jedną już zrobił w skarpecie, teraz jest kolejna w nodze. Oj bucie, bucie, czemu jesteś taki niedobry. Rano nic nie mogę zrobić, muszę wychodzie z namiotu, podkładam ka­wałek wełnianej skarpety na dziurę. Noga opatrzona, plastry przylepione, pianka, worek foliowy, może będzie dobrze.
Ale nie jest. Muszę kuleć i kuśtykam, inaczej nie daję rady. Nie­miłe to jest, chciałoby się szybko do przodu, a nie można, bo noga rozwalona, bo zastrugi. Przykro mi, ale cóż, to tylko ból. T o t y l k o b ó l. Są znacznie gorsze bóle i głody. Ból fizyczny jest jeszcze do zniesienia. Tak sobie powtarzam różne formułki i idę dalej, a boli równo. Pomyślałem w pewnej chwili, że może robię to wszystko po to, aby spokojnie móc pić w domu herbatę i czytać gazetę. Żeby nie mieć wyrzutów sumienia, że się czegoś nie zrobiło, że życie przecieka między palcami albo raczej między dniami. Ot tak po prostu spokojnie pić herbatę, czytać gazetę i móc każdemu spojrzeć prosto w oczy. Tak to sobie tłumaczę, ale boli da­lej. Ból szarpiący, przeszywający. Żeby chociaż jedno się skończyło, ból albo zastrugi, to już by było lepiej, i to o ile.
Wieczorem tak twardy śnieg, że pół godziny szukam miej sca pod namiot, nie można nigdzie wbić kijka. Za strugi i śnieg taki ubity, że nic nie można zrobić. Myślę, że minąłem 87 sto­pień, więc spróbuję jedną porcję dzienną podzielić na dwie części i dodawać do normalnych porcji. Zobaczymy, czy to mnie trochę wzmocni. Organizm jest wyczerpany, tyle wysiłku bez odpoczynku, do tego jeszcze otwarta rana na nodze, może się przydać dodatkowe jedzenie. Wyjmuję wełniane botki z butów Alfa, trzeba zobaczyć, może da się nareperować. Na razie schną. Czuję, że dzisiaj będzie dużo szycia. Przyszywam kawałki wełny do botków i zaszywam dziury w rękawicach wełnianych. Idzie mi to szybko i sprawnie, wygląda nieźle, ale zobaczymy, jak się sprawdzi. Półtora porcji kolacji to strasznie dużo, ledwo mogę to w siebie wepchnąć. Pękam z przejedzenia - to chyba jednak za dużo. Na sam koniec piję wrzątek i czytam książkę. Prze­szedłem 26,8 km, ale jestem wykończony, może przez tę nogę, za strugi, no i wdrapałem się ponad 300 metrów w górę. Do Bieguna wciąż daleko, 320,2 kilometra.

43. DZIEŃ 
Teraz czuję, że ta wyprawa jest dla mnie podróżą w głąb siebie. Bardziej niż na Biegun idę przez swoje życie, maszeruję po zdarzeniach, spotykam ludzi, wraca krok po kroku wszystko, co mnie w życiu spotkało. Nawet nie zdawałem sobie sprawy, że człowiek nosi ze sobą swoje życie. Drobne zdarzenia, spotkania:, gesty, uśmiechy, słowa - nie do wiary, ile tego jest. Gdzie to jest na co dzień ukryte, że nie ma do tego dostępu. Jak to się dzieje, że to jest, zostaje. Wydaje mi się, że każde zdarzenie, krok po kroku, całe życie jest w nas, trzeba tylko umieć to zbudzić. To przychodzi samo, nie da się tego wyciągnąć na siłę, na rozkaz. Coś przychodzi samo, potem drugie i trzecie, i dwudzieste, a ja przyglądam się temu i myślę: rzeczywiście tak było, jak mogłem o tym zapomnieć. I chciałoby się spotkać znów wiele osób, być razem, przeżyć coś wspólnie. Sama rozmowa może być najwspanialszym przeżyciem. W ile miejsc warto by wrócić.
Ale stopa nic sobie nie robi z naszych przeżyć i boli coraz bardziej. Do tego zaczynają jeszcze drętwieć palce w tej sto­pie, nie wiedzieć czemu. No dobrze, ból jest ból, boli i tyle i trzeba iść do przodu. Nic więcej na ten temat powiedzieć się nie da, chyba tylko to, że boli strasznie, okrutnie. Dlaczego akurat teraz, komu przeszkadzało, że stopy były zdrowe. Co jeszcze mogę zrobić? Zaceruję wełnianą skarpetę i jutro ją za­łożę, może stopa będzie mieć więcej luzu i nie będzie drętwieć. I tak pokuśtykałem dziś 24,8 km. Pięknie, dobrze, że w ogóle zrobiłem coś, co nazywamy kilometrami.

44. DZIEŃ 
Już 17 grudnia. Do Wigilii został tylko tydzień, a ja wciąż nie wiem, jaki jest dzień tygodnia. W Polsce wszędzie w rodzinach przygotowania do świąt idą pełną parą. Zakupy, sprzątanie, pucowanie, jest kupa roboty, a czasu tak mało. Malutko, tylko tydzień. Ciekawe, jaka jest pogoda, czy jest śnieg? Śni­ło mi się, że doszedłem na Biegun, ale z samego Biegu­na nic nie pamiętałem. Nie wiedziałem, jak on wygląda i że czas zleciał tak szybko, chciałem znów obudzić się w namiocie, a obudziłem się w domu, w łóżku. I nie wie­działem, czy ta podróż to był sen czy jawa. Zadzwonił alarm i znów trzeba wstać, a pospałoby się jeszcze. Dziś następny dzień strugania. Może jeden z ostatnich, to już dwa tygodnie zastrug, niby takie małe górki, a tyle kłopotów. To dlatego, że są cały czas, droga staje się przez nie dużo cięższa, dużo więcej trzeba wysiłku. Na początku wydaje się, że fajnie, coś innego, ciekawostka, ale później stają się zmorą. Ogromniaste bulwy, rozpadliny, doły, których nie można ominąć, bo gdyby chciało się omijać, to nigdzie nie można by dojść. Może z powrotem. Trzeba po prostu iść na południe i tyle, kiedyś zastrugi się skończą albo i nie. Taki jest plan, a jak będzie, zobaczymy. Za­strugi równie dobrze mogą być aż do Bieguna. Nie jest aż tak ważne, czy robię mniej czy więcej kilometrów, ważne, że wstaję, pakuję namiot i idę. I tak dzień w dzień. Ważna jest konse­kwencja, co z tego, że zrobiłbym nie wiadomo ile kilometrów w jeden dzień, a potem osunąłbym się bez sił i leżał w na­miocie. Wytrzymać do Bieguna w tym tempie i będzie bardzo dobrze.
I znowu dzień zleciał błyskawicznie. Dobry dzień, pracowity, cały czas struganie. Zastrugi ogromniaste, nazywam je dziady, jest ich dziś mnó­stwo. Co chwila dziad, zapadlina, dół albo jeszcze coś. Sanki się klinują, trzeba wyszarpywać, wyciągać. Czuję, że but za­czyna mi obcierać drugą nogę, powoli pali i szczypie. To te zastrugi dają tak w kość stopom. O lewej nodze wolę nie my­śleć. Rana boli cały czas, obciera, nie goi się, ale cóż ja mogę dla niej biednej jeszcze zrobić. Co mogłem, to zrobiłem i ro­bię, ale muszę iść i nie mogę niestety zwracać uwagi na ból, bo nigdzie nie dojdę. Pozostaje mieć nadzieję, że moja biedna stópka to wytrzyma, zajdzie na Biegun i zaprowadzi mnie tam. Ból czasem trudno wytrzymać, ale pocieszam się, że może się skończy. Łykam polopirynę na odmrożenia, to rozrzedza krew, jest mniejsza krzepliwość i rany trudniej się goją. Może prze­stać na razie? Rany ranami, zastrugi zastrugami, ale idzie się fajnie. Przynajmniej jedna rzecz jest w porządku, nie ma wia­tru. Może wiatr to najgorsza plaga?
Mimo że ciągnę sanki i jest mi nielekko, czuję się swobodnie. Je­stem wolny, robię to, co bardzo, bardzo chciałem zrobić. Sam w białej pustej przestrzeni. Tak, jestem wolny i szczęśliwy. Tu człowiek widzi siebie w każdym szczególe, najdrobniejszym. Tu nic się nie ukryje, nie zakłamie, nie oszuka. Nie ma układów ani znajomości. Nikt nie powie złego słowa, nie uśmiechnie się fałszywie, nie będzie plótł głupstw. Największe pieniądze świata nie są warte nic, a już na pewno nie tyle, ile butelka z paliwem czy porcja żywności.
Kiedy patrzę za siebie na drogę, którą przeszedłem, myślę: Marku, nie masz się czego wstydzić. Jak to będzie za pięć czy dziesięć lat, jaki ja będę, co będę r bił? Chciałbym być po prostu pogodnym człowiekiem. Być gdzieś z boku, sadzić kwiaty w ogrodzie, podlewać je, pa­trzeć, jak puszczają pąki. Chciałbym mieć dom i na trawniku przed nim posadzić drzewo, pielęgnować je, patrzeć, jak rośnie. J to wszystko. Chciałbym, żeby Wiara, Nadzieja i Miłość były ze mną.
Dość pisania, trzeba się wziąć za cerowanie wełnianych skarpet. Pa.

45. DZIEŃ
Do Bieguna jeszcze 268,7 kilometra.
Znowu będzie kolejny dzień strugania, ale przyzwyczaiłem się i aż trudno mi sobie wyobrazić, jak wygląda równy teren. Wydaje się, że tak musi być i tyle. Taki jest świat i trzeba go brać takim, jaki jest. Idę już czterdzieści pięć dni i przeszedłem ponad 1100 kilometrów.
Wiatr się wzmaga. K o n i e c z a s t r u g ! ! !! Były, były i się skończyły, nie wiadomo kiedy. Oczywiście pojawiło się co in­nego: pierońsko zimno. Niby tylko -150 C, ale bez słońca, z tą wilgocią w powietrzu daje równo po kościach. Palce u nóg i rąk marzną. Wiatr wieje, twarz zalodzona, idę bez gogli, bo inaczej nic bym nie widział, a wciąż są za strugi i można łatwo zła­mać nartę. Jak policzek szczypie mocno i robią się białe bąble, to rozcieram ręką i zakładam kaptur. I tak cały dzień, kom­pas, końce nart, kompas, końce. Za to w głowie ile się działo, tyle myśli, kto by pomyślał. Syberia: Nachodka, Rosja, Ame­l vka ołudniowa, Ocean, Kosmos. Koncepcja rozwoju firmy, eksportu, strategia na najbliższą przyszłość. Wiersze, piosenki Okudżawy, Biczewskiej, Achmatowa, Rilke, Jesienin, Wojaczek, Stachura, ech, czego tam nie było. Co za piękny dzień. Ob­darował mnie tyloma pomysłami, myślami, że nie wiadomo, komu za to dziękować. A na zewnątrz szaro, wilgotno, ponuro i nieprzyjemnie. Ale to nic, można przecież zawsze zajść do wewnątrz siebie i popatrzeć, co tam się dzieje. Więc zaszedłem tam na chwilę, a wyszło na to, że spędziłem tam cały dzień i było fajnie. Nieraz tylko przychodziła refleksja, a szczeliny, a zastrugi, przecież trzeba uważać. Przychodziła i odchodziła, ale to fakt, lepiej uważać.

46. DZIEŃ 
Teraz przechodzę "najdłuższe" dni w roku na Antarktydzie, kie­dy słońce jest najwyżej. Najwyżej znajdzie się 24 grudnia w Wigilię, urodziny i imieniny mojej mamy, początek lata. Czuję to po lewej stronie namiotu, która rano grzeje coraz wcześniej, czyli słońce jest coraz wyżej. Zapowiada się piękny dzień, chociaż nigdy nic nie wiadomo, słychać mocny wiatr. Może dzis przekroczę 88°, stopień Nadziei na Biegun. Trudno mi uwierzyć, że zaszedłem aż tutaj.
Zwariowany dzień dzisiaj albo może raczej normalny. Wszyst­kiego po trochu: słońce, zła pogoda, chmury, silny wiatr, mocne za strugi, bezwietrznie, biała ciemnosć, gładko. Znowu zastrugi, dużo prosiaków, myślę: przerą­bane, to się nigdy nie skończy. Znowu czołganie po pagórkach, koleiny, omijanie dziadów. Ale mysIę sobie: to nic, dzisiaj idę do 21:00. Bite dwanascie godzin. Niby taki drobiazg, dwie godziny, a cały dzień chodzi po głowie, jak to będzie przez te dwie ostat­nie godziny, czy wytrzymam. Zobaczymy. Wychodzi słoneczk przez chmury, z cieniem idzie mi się raźniej, zawsze to e dwóch idziemy. Wiatr coraz silniejszy, pojawia się dryfując snieg. Po prostu snieg leci sobie nad ziemią niziutko, gdzieś hen daleko, przemyka ci przed nartami. Nieomylny znak, że jest silny wiatr i trzeba włożyć maskę. Noga obciera i boli, nie da się o tym zapomnieć. Słońca nie ma, jest za to szaro i mało co widać. A ja idę, idę i tak aż do 21:00. Wiatr przestał wiać na chwilę, zrobiło się cicho, słyszę tylko chrzęst nart, piszczenie kijków i chrobot sanek. Czuję się Jak jedna całosć, jakby kijki były moimi palcami, narty stopami, sanki przedłużeniem bioder. Dotykam nimi swiata i czuję swiat przez nie. Jestem sam i pełznę jak ślimak po białym krajobra­zie, wlokąc za sobą domek przytwierdzony do grzbietu. Sam w białej przestrzeni, niczego nie ma innego.

47. DZIEŃ
Mam jeszcze zapas jedzenia na dwanaście dni i trzy litra paliwa, ale nie chcę nic redukować. Ubędzie minimalnie na wadze, a potem mogą być duże kłopoty. Nie, trzeba być ostrożnym. Zostawię jedną butelkę z paliwem, tym bardziej że chyba przecieka, bo jest niepełna. Spróbuję rano jeść podwójną porcję musli i pemmikanu z kolacji na przerwach. Wtedy zo­baczymy, co z jedzeniem. Nie wiem, jak z czekanem, trochę waży, ale może się przydać. Odkryłem, że mam jedną porcję musli suchego za dużo, dziś zjem więcej. Do przejścia jest ponad 200 kilometrów. Tyle co z Koszalina do Gdańska. Wydaje się, że to nie jest już tak daleko. Tak wiele razy przemierzyłem tą trasę pociągiem i samochodem. Nor­malnie zabiera to około trzech godzin. Wsiada się do pociągu czy w samochód i wysiada. Droga jest ładna, tyle lasów i pól. Szczególnie wiosną, kiedy wszystko jest takie zielone i kwit­nie łubin. Jest pięknie jechać wczesnym porankiem i patrzeć na świat, który jeszcze zaspany budzi się do życia.
Czas leci od przerwy do przerwy, a ja czekam na koniec tego dnia. Myśli smutne, szare i nieprzyjemne błąkają się po gło­wie. Takie jak ten dzień. A ja idę, bo tylko to się liczy, iść do przodu, choćby nie wiem co. Próbuję uchwycić, jak to się stało, że zleciało już tak wiele dni, że przeszedłem taką odległość, ale mi to nie wychodzi. Nie wiem, jak to się stało. Czy to aby moż­liwe? Porównuję, ile dni już jestem na lodzie, ile jeszcze może zostało, kiedy co się stało czy działo, ile to było dni temu, jak to się ma do czasu, który pozostał, jak to było na Grenlandii czy biegunie północnym w danym dniu i tak w kółko. Pra­wie dostaję kręćka. Im częściej spoglądam na zegarek czy liczę dni, tym wolniej czas płynie. A dziś chciałbym, żeby popłynął szybko.
Siedzę sobie na sankach, popijam gorące, zagryzam batonikiem i nagle wi­dzę piękne halo wokół słońca. Niesamowite, jak z rysunków doktora Wilsona, kumpla Scotta. Najfajniej­s jest ta odwrócona symetria na dole. Kiedy słońce świeci, wstępuje we mnie więcej życia. Słońce rozgrzewa wewnętrznie duszę i umysł. Robi się jaśniej i prościej. I życie samo jest zno­śniejsze. Od razu przychodzą dobre myśli, a złe idą w kąt. Jak to możliwe? Jeszcze sześć dni do Bieguna? Nie jestem w sta­nie tego ogarnąć ani dotknąć nawet. Najlepiej iść, to na razie potrafię robić.
Wieczorem porządkuję rzeczy zapasowe i żywność. Dalej jedzie żywność na dziewięć dni. Jedna porcja (śniadanie+ kolacja) zostaje tutuj. Pozostawiam też tu zapasowe baterie litowe, kleje, druty, części zapasowe do prymusa i inne podwójne zapasy. Taki już los, jeśli coś wydaje się niepotrzebne, to zostaje, a jak będzie, to się okaże.

48. DZIEŃ
Wyspałem się jak nigdy. Spałem jak niemowlę i rano zbudziłem się spokojny. Naprawdę zostało jeszcze mniej niż dwieście kilometrów, sześć dni marszu, jeśli dobrze pójdzie. Jeszcze nie wiem, czy dojdę, i nie ogar­niam tego. Być może nigdy tego nie zrozumiem, tak jak nie wiem, dlaczego tam idę. Po co? Chodzić ścieżkami przygody. Iść tam, gdzie ją można spotkać. Kiedyś przygodą było pójście do drugiego domu, piwnicy, na strych, na inną ulicę. Póź­niej do innego miasta, samemu, autostopem. Przyszedł czas na inne kraje i inne miejsca. Dokąd prowadzi Droga, gdzie mnie zawiedzie Droga ta. Zobaczymy. Na razie chciałbym dojść na Biegun.
Zrobiło się znów zimno, nie ma słońca, za to jest dużo wia­tru. Obudziłem się dziś rzdki i pełen chęci do życia. Przysze wewnętrzny spokój i mnie ogarnął. Nie będę się z niki !?ał. Nieważne, czy dojdę jeden dzień wczdniej, czy późn Zycie to nie wyścigi, a Biegun to nie bieg przez płotki. Ważne, aby to przeżyć i by Coś z tego zostało. Coś prawdziwego, a nie tylko szamotanie i gonitwa. Ow­szem, mógłbym gnać naprzód, iść czternaście godzin na dobę, pró­bować dojść w naj krótszym czasie, ale po co? Żeby być koniem wyści­gowym? Żeby nie mieć czasu na napisanie paru zdań, pomyślenie paru myśli. Nie, chciałem dojść w tym roku, jdli się to uda, to będzie kapitalnie i naprawdę wspaniale. Ale chcę mieć też choć trochę czasu dla siebie. Chciałbym, aby ta wyprawa była po prostu fajna.
Od czasu do czasu przebiło się na chwilę trochę światła, ale to tylko zamieszanie, bo trzeba stawać, zakładać okulary, rozpinać się, a za chwilę zdejmować, zapinać i tak dalej. Jak pogoda się zmienia, to jest kłopot, bo trzeba manewrować sprzętem, ubraniem, dostosować do wa­runków i to zwalnia tempo, bo zabiera czas. Najlepiej, jak jest cały dzień tak samo, jak zimno to zimno, a jak się co chwilę zmienia, to przerąbane.
Dziś większa porcja pemmikanu i suchego musli, więcej ener­gii, od razu lepiej się człowiek czuje. Lepiej zużywać nadpro­gramowe jedzenie teraz, kiedy organizm jest osłabiony, niż wlec je do końca. Rozsądny zapas w tej chwili to 5 + 3 dzienne racje jedzenia oraz dwa litry paliwa. Z drugiej strony trzeba zacho­wać ostrożność do ostatniego kroku. Tylko ktoś naiwny mógłby sądzić, że Biegun jest tuż za miedzą i nie ma się co martwić, jakoś tam będzie. Biegun jest wciąż bardzo daleko i wszystko może się zdarzyć. Parę błędów, a może nawet wystarczy jeden i koniec. Po zawodach. To jest Antarktyda, nie a żartów, dostałem już parę niezłych lekcji. Trzeba podchdzić do każdego kilometra i każdego dnia z pokorą i szacunkiem i pamiętać, że do końca może się coś wydarzyć. To jest jak żywy organizm, który się zmienia w każdej chwili, a my po nim idziemy i musimy to robić ostrożnie.
Przeszedłem 27,8 km, do Bieguna jeszcze 154,1 km. Mniej niż 100 mil do Bieguna. Shackleton zawrócił z drogi na Biegun, kiedy brakowało mu mniej niż właśnie 100 mil. Wydaje się, że już nie jest daleko, a jednak. A więc dziś jestem w takiej odległości od Bieguna mniej więcej jak Shackleton 86 lat temu. Ostatnio w Cambridge widziałem zdjęcia i rękopisy Shackletona, trzy miesiące temu. Słońce świeci, śnieg lekko prószy na namiot, a ja jestem tak zmęczony, że ledwo zi­pię, a oczy same się zamykają.

49. DZIEŃ 
Podczas gotowania za­czadziłem się trochę. Rano w oczy jakby ktoś piasku nasypał. A więc przede mną kolejny, piąty dzień złej pogody, człowiek daje sobie radę, robi kilometry, nie ma się co przejmować. Moż­liwe, że ze słońcem byłoby przyjemniej i więcej kilometrów, ale czy ma to w końcu aż takie znaczenie. Słońce i przyjemnie to jest na Hawajach, a tu jest Antarktyda. Świat brać trzeba, jakim jest, nie przejmować się, robić swoje. Jasne, zawsze może być coś lepiej, za to z czym innym może być gorzej. Na przykład mogłoby być dziś słońce, bez wiatru, idealnie płaski teren, ale mnie by tu nie było, po prostu. To wielkie szczęście dla mnie, że tu jestem i mogę iść do przodu.
Było trochę white-out, dużo wiatru, prosto w twarz, trochę nie­bieskiego nieba gdzieś daleko, ciut słońca, a przeważnie szaro i do... Przez moment było halo wokół słońca. Ro­zumiem może lepiej Shackletona, który zawrócił na mniej niż 100 mil przed Biegunem. 100 mil to bardzo, ale to bardzo da­leko, naprawdę. Po dzisiejszym dniu jestem zmachany i nie wiem, jak jutro będzie ze wstawaniem. Wydawało mi się, że to największe zmęczenie mi prze­szło, a ono gdzieś jednak siedzi i dobija się od czasu do czasu. Zadek mam zatarty i od paru dni kłuje, jakbym niósł trociny w kalesonach. Pewnie dlatego, że już od ponad miesiąca nie zmieniałem gatek. Powoli zmieniają kolor i stają się, zresz wiadomo jakie. Jak mogą wyglądać gacie po miesiącu intensywnego używania, dzień i noc. Kiedy prymus pracuje i sus na nim rękawice wełniane i polarowe, w namiocie jest fajny z pach, wełna i polar rozgrzane i przesiąknięte potem. Pot z dłoni wydaje się bardziej delikatny, niż z innych części ciała. Nie jest taki ostry, raczej miękki i łagodny. Tak jak puch. A w ogóle to słaby dziś byłem, ale szedłem, ile miałem i nie miałem sił.
I proszę, zrobiłem 27,0 km, a do Bieguna zostało 127,1 km. Marku, nie jest źle, jdli jutro zrobisz 27,1 km, do Bieguna zóstanie równe 100 km. Sto kilometrów do Bieguna! Jeśli ju­trzejszy dzień się skończy, może, może zostaną jeszcze trzy dni. Kiedy się jutro zbudzę i dzień się zacznie, to później będą jesz­cze trzy dni, czy to możliwe? Nie wiem, skąd wytrzasnąć siły na następne dni, ale trzeba wierzyć i iść. Jak to się dzieje, że jeszcze idę, że potrafię iść cały dzień. Co mnie pcha albo raczej co mnie ciągnie. Ach jak bardzo chciałbym się dobrze wyspać, tak aby się ani razu w nocy nie zbudzić. Wieczorem zasnąć i rano wstać. Proste, ale tu, gdzie jestem, to niemożliwe.

50. DZIEŃ 
Pięćdziesiąty dzień na lodzie! Jutro Wigilia, czekamy na nią cały rok, a ona stoi teraz tuż za drzwiami. Będę musiał ubrać choinkę i pomyśleć o prezentach. Że niby tu na lodzie nic nie ma, spokojna głowa, poradzę sobie.
Włączam Argos co dwie godziny przez cały dzień, antena wy­staje z pulek, wysyłam komunikaty. Chcę przez święta być z Wami, z rodzicami, Anetą, Basią, Dorotą, Ewą i Jurkiem, z Gdańskiem, przyjaciółmi, znajomymi, tymi, którzy o mnie myślą. W ten sposób w Polsce moja pozycja jest prawie na bieżąco. Tylko tak mogę być z Wami, to jedyna możliwość. To prawie tak, jak gdybyśmy się dotykali, nasze dłonie dzieli tylko parę centymetrów, prawie niezauważalna różnica. Zaczą­łem nadawać przez cały dzień już dzisiaj, aby dać znać, że tak będę robił i tą drogą akurat od jutra przez całą Wigilię i święta będziemy razem.
Wieczorem sprawdzam pozycję, przeszedłem pra­wie trzydzieści kilometrów, no nieźle, to jest naprawdę coś. Do Bieguna jeszcze 97,9 km. Niepojęte, poniżej 100 km. Na­prawdę poniżej stu kilometrów. Niezły ten dzisiejszy dzień. Jest godzina 21:54 mojego czasu, w Polsce już po północy, czyli Wigilia. Jest chyba koło pierwszej w nocy, wszyscy śpią w łóżkach.
Dziś cały dzień kropla po kropli kapały zdarzenia z mojego życia. Nie wiadomo skąd, gdzie jest źródło, z Białej Prze­strzeni? I kiedy były już we mnie, rozwijały się jak kwiat z pąka w drogi i labirynty, a ja po nich chodziłem. Więc to życie nie było wcale takie proste, tyle zdarzeń, tyle rzeczy. Gdzie to się wszystko pomidciło. Naprawdę to przeżyłem? I to jeszcze było, i tamto, kto by to spamiętał. Tak wiele prze­żywamy w naszym życiu, a tak mało zostaje w pamięci. Ale czasem wszystko wraca i robi się pięknie. Aż trudno uwierzyć. Może warto czasem nawet w tamtym świecie spojrzeć w tył i przyjrzeć się dokładniej. Jest tak spokojnie i cicho w namio­cie, a głowa sama opada, żeby spać. Tęsknię tylko za słońcem, za światłem.

51. DZIEŃ - WIGILIA 
Wigilia Bożego Narodzenia. Słońca ani widu, ani słychu. Nawet w nocy nie było, bo poczułbym. Na dworze white-out.
Jutro ostatni dzień normalnego marszu i pojutrze dojście na Biegun. Czy tak będzie, czy to możliwe? Ogarnia mnie pustka, jak ułożyć sobie w głowie całą drogę, jaki znaleźć w tym porządek? Jeszcze niecałe sto kilometrów. Tam po prawej stronie namiotu jest Biegun. Ostatnia paczka batoników, czekolady, ostatnia rolka papieru to­aletowego, ostatnia butelka paliwa, ostatni film w apa­racie. Ostatnie sto kilome­trów, wszystko się kończy. Wciąż wydaje mi się, że Bie­gun jest daleko, choć niby już blisko. Jak to będzie?
Przez cały poranek ani krztyny słońca, za to wiatr duł prosto w twarz. Nic specjalnie nie widać, szaro wieje chociaż Wigilia mogłaby być lepsza. Ale nie jest, więc się nie przejmuję, tylko idę i sikam na tę pogodę. Tak, sikam dziś dość często, może dlatego, że jest zimniej. Wiatr silny, dawno tak nie wiało. Ogólnie nie jest źle, momentami trochę mniej mam siły, mo­mentami przypływa energia, jakoś to się wyrównuje i ciągnę do przodu. Chwilami przychodzi szczęście, a chwilami smu­tek. W myślach śpiewam kolędy.
Przerwa w marszu o 16:00, w Polsce w domach zaczynają się kolacje wigilijne, łamanie opłatkiem, życzenia, a potem wszyscy siadają do stołu. Przerwa o 17:45, palą się świeczki na choince, każdy rozwinął swój prezent, wspólne kolędy, rozmowy, cała rodzina razem. W domu. Za oknem zimno, hula wiatr, a w domu jak w bajce. Obiecuję sobie dziś wystawną kolację wigilijną, choinkę i prezenty. Kolacja będzie się składać z normalnej porcji: pemmikan, makaron, suszone warzywa i olej sojowy. Do tego dodam makaronu z drugiej porcji, zjem jeden batonik i 1/7 tabliczki czekolady. Pomyślę o wszystkich bliskich mi osobach, zaśpiewam kolędę i pójdę spać, bo rano o 6:15 trzeba wstać i ciągnąć dalej.

52. DZIEŃ - BOŻE NARODZENIE  
W nocy spałem niespokojnie, serce biło mocno, nie wiem, czy ze zmęczenia, czy z wrażenia. Dobrze, że chociaż było cie­pło, słońce grzało, leżałem na śpiworze pod kurtką puchową· Do Bieguna pozostało ponad sześćdziesiąt kilometrów. Wydaje się, że to rzut beretem, ale to trzeba przejść. Jednak to chyba naprawdę niedaleko, sam nie wiem. Zobaczymy, ile dziś zro­bię kilometrów, słońce oczywiście już się schowało, przyjechało dużo chmur. Ósmy dzień niepogody, poradzimy sobie i z tym, oby tylko nie było silnego wiatru.
Teraz, kiedy nie ma słońca, przez pierwsze trzy godziny marszu marzną mi stopy. Szczególnie zimne są palce, potem się już rozgrzewają. Dziś święto, więc wezmę o jeden batonik więcej na drogę i może 1/4 kostki czekolady. Mam ostatnie batoniki o smaku owocowym, bardzo dobre. Moje pragnienie na dzisiejsze święto jest jedno, przejść jak najwięcej kilometrów i to mam w głowie. Chciałbym, żeby te święta były udane, aby iść, żeby było słońce i bez wiatru. Jak by to było dobrze. Ech, te chmury z zakichanym wiatrem, nie mogłoby być na koniec odrobinę pogody? I to się przeżyje i będzie dobrze. Jestem aż tutaj, tak daleko i tak blisko. Nie ma co narzekać, trzeba przyznać, że Jest super, lepiej być nie mogło. Może.
Prze­szedłem dziś 31,7 km, do Bieguna pozostało 37,7 km. Nie mogę sobie tego wyobrazić, czytam, widzę liczby, ale to jest tak dalekie i takie duże, że nie rozumiem, jak mieści się w taką małą liczbę. Jutro pójdę na Biegun, na drugi Biegun w moim życiu, na drugi Biegun w tym roku. Czy dojdę, tego nie wiem, ale spróbuję. Głos we­wnętrzny mówi mi, aby wstać o trzeciej rano, a więc wstanę, choć wolałbym pospać. Jutro być może dojdę na Biegun, nie, to niemożliwe. Tam, trzydzieści kilometrów stąd jest Biegun, rzut kamieniem niemal, można by pobiec. A ja chciałbym jeszcze iść i iść. Patrzę na namiot, na rzeczy w nim, przypomina mi się Droga. Jak tutaj doszedłem, jak to się stało, jak to moż­liwe. Dzień po dniu, to jeszcze rozumiem, ale jak to dodać, to nie mieści mi się w głowie. Stoi termos, prymus, książka, leżą worki, ubranie, wisi czapka, gogle, skarpety, zegarek nad głową, ja leżę na śpiworze i piszę. Słoneczko grzeje, wiatr wieje, jakie to piękne. Boże Narodzenie pod Biegunem. Jak dobrze, że spędzam święta w drodze, może to najpiękniejsze święta w moim życiu. Sam na całym świecie, który mnie ota­cza. I znowu chmury się odsłoniły i było widać, że Ziemia jest kulą, a tam na jej czubku jest Biegun, widać było spłaszczenie i wiedziałem, że tam trzeba iść. Być może to złudzenie, ale ja to widziałem i czułem.

53. DZIEŃ
"Jest czwarta nad ranem, już kończy się grudzień".
A więc to dzisiaj. Prawie nie spałem w nocy, od północy do trze­ciej leżałem na śpiworze, ubrany, przykryty kurtką puchową, zerkając na wiszący nad głową zegarek, czy to już. Aż w końcu alarm zadzwonił, ostatnie gotowanie wody w prymusie, suszenie rękawic, ostatnia porcja śniadania. W rezerwie zostają jeszcze dwa obiady, prawie litr paliwa, na drogę biorę dziś 2,5 tabliczki czekolady, 3 batoniki, 1,7 litra napoju w termosie. Droga jest długa, prawie trzydzieści osiem kilometrów, najdłuż­szy dzienny dystans do przebycia. Planuję wyruszyć o godzinie szóstej. Pogoda na razie taka sobie, chmury, zobaczymy, jak to będzie. Ostatni normalny poranek, może to już ostatni raz wszystko jest normalnie. Co mnie tam czeka? Jest mi tak do­brze, cudownie spokojnie, w zgodzie z całym światem, a co będzie tam? A może tak naprawdę ważne jest, żeby iść i iść, nie cel jest ważny, a droga.
Ostatnia tabletka z witaminami, ostatni kawałek plastra i pa­pieru toaletowego. Ostatnie kartki w zeszycie. Smutno mi, czy wszystko, co dobre, musi się tak szybko kończyć. Z powrotem do świata, do hałasu zgiełku i szamo­taniny. Wiatr wzmaga się, wsłu­chuję się w niego tak, jak przez tyle dni. Gdzie tam przede mną, z prawej strony namiotu jest Biegun, czy to możliwe, czy to nie złuda. Wciąż jeszcze może się coś zdarzyć, ale może też się zdarzyć, że dojdę. Za piętnaście godzin? Będę sprawdzał pozycję co trzy godziny.
A więc to tak się kończy, pora wracać do świata. Jestem teraz cu­downie sam, nic nie zakłóca biegu dnia, myśli same przychodzą i odchodzą, a ja z nimi rozmawiam bez pośpiechu i niepokoju, bez tej okrutnej gonitwy nie wiadomo dokąd, nie wiadomo dla­czego. Życie tu jest proste, każda rzecz i czynność mają swój se s, służą temu, aby przeżyć i żyć, i radować się życiem samym, takim, jakie ono jest.
Powoli przychodzi pora, żeby się zbierać w drogę, ten ostatni raz.