Serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na ich zapis lub wykorzystanie. Więcej informacji w Polityce prywatności.
akceptuję

Antarktyda

próba samotnego trawersu - 1450 km

próba samotnego trawersu - 1450 km

Dziennik wyprawy

7. DZIEŃ

Jestem zmęczony, ledwo żyję. Wszystko boli. Noga poniżej kolana spuchnięta jak balon, granatowa. Nie wiem, co to będzie. Nigdy jeszcze nie widziałem takiej nogi, o mało nie pęknie. Boli okrutnie, jest bardzo ciężko. Sanki ciężkie, ciało całe obite, a tu trzeba do przodu. No nic, trzeba iść, dokąd się da.
Na razie jest niewesoło. Idąc prawie się zataczam, na przerwach odlatuję. Ledwo dycham. Wczoraj był wiatr z północy i użyłem spadochronu, pociągnął mnie trochę. W sumie zrobiłem 30 km, to całkiem nieźle.

8. DZIEŃ 
Bardzo bolą stłuczenia, ale jakoś sobie radzę. Powoli się przyzwyczajam. Nie wiem tylko, jak te zbite mięśnie, czy one też się przyzwyczają. Dzisiaj, kiedy to zobaczyłem, trochę się przeraziłem. Wygląda tragicznie. Czy to nie za duże ryzyko iść z taką kontuzją. Przecież noga puchnie jak balon, mało nie pęknie skóra. Co tam się dzieje w środku? Na zewnątrz całe sine miejsca.

Dzień powoli zleciał. Od przerwy do przerwy i zrobiłem 19 km. Jak dużo jeszcze do przejścia. Co będzie, to będzie, staram się, jak mogę.

9. DZIEŃ
Z rana próbowałem używać spadochronu, ale do bani, za słaby wiatr, tylko niepotrzebna robota. Noga prawa nie odpuszcza, ależ ona jest biedna. Cały dzień rozmyślałem, jak to będzie, dokąd dojdę, co robić. Iść, iść, iść. A jak stanie się coś niedobrego? Muszę mieć nadzieję. Muszę mieć Nadzieję.

10. DZIEŃ 
Rano pożar, mało nie spalił się namiot. Paliwo zaczęło się lać przez pompkę i od razu się zapaliło. Strumień ognia. Co zagasiłem, to zaczynało się palić od nowa. Czarno to wyglądało, ale w końcu udało mi się jakoś opanować.

Cały dzień biała ciemność. Kompletnie nic nie widać. Idę i nachodzą mnie czarne myśli, jak to będzie. Zobaczymy, trzeba iść. Chciałbym już zobaczyć Góry Dufeka.

11. DZIEŃ 
Poranek jak zwykle: gotowanie wody, przygotowanie posiłku, a potem pakowanie i w drogę. Wydawało mi się, że jest dobry wiatr, aby spróbować spadochronu. Kawałek ujechałem, ale znosiło mnie na zachód.
Jak to dalej ze mną będzie? Mam jeszcze dużo jedzenia i paliwa, ale najgorsze są te stłuczenia. Ciągle boli, w dzień i w nocy, cały czas o tym myślę. Jak dalej ciągnąć sanki. Smutno mi, ale zobaczymy, może się jakoś ułoży.

12. DZIEŃ
Na początku wiało niemiłosiernie prosto w twarz. Powoli szedłem, ciężko było, ale jakoś do przodu. Śpiewałem sobie w myślach, opowiadałem wiersze i było dobrze. Ale na zewnątrz ponuro. Szaro, ciężko i tak nieludzko. Potem biało, całkiem biało i nic więcej. Zrobiłem 21 kilometrów, nieźle. Jest ósma. Dziś risotto z warzyw z pemmikanem z olejem sojowym, a do tego Tolkien. Pycha!

13. DZIEŃ
Nie lubię trzynastych dni. Rano wylała się zupa przy odkręcaniu termosu. Noga spuchnięta przy kości jak bańka. Wiatr, ale nie w tę stronę, co trzeba. Raz udało mi się chwilę pojechać ze spadochronem, ale znosiło na zachód, więc z powrotem uprząż i wiśta wio. Ale w końcu się zawziąłem i zacząłem porządnie dygać. Tylko ta moja biedna spuchnięta noga prosiła, żeby nie tak szybko.

14. DZIEŃ 
Fajnie jest tak rano krzątać się w namiocie. Na zewnątrz jest spokojnie. Zaczyna być nieźle, oby tylko wszystko dobrze działało. Słoneczko świeci, bez wiatru, bez ani jednej chmurki, no to można jechać. I tak sobie szedłem, szedłem, aż zrobiło się południe. Wiatr był z boku, lekko z przodu, pomyślałem, żeby spróbować spadochronu. I pojechałem, było nieźle, nieraz szybciej, nieraz trzeba było iść i pomagać, bo wiatr był słaby, ale w sumie super.

15. DZIEŃ
Jestem już chyba na lodowcu szelfowym Filchnera, mogą tu być szczeliny. Trzeba będzie uważać. Noc bardzo gorąca, ale to fajnie. Myślę tylko o tym, żeby iść. Jeszcze tyle dni i tyle kilometrów. Dzień jak bajka, słoneczko bez chmur, bez wiatru, ciepło, nic tylko iść. I nagle pod koniec dnia zobaczyłem góry Dufeka. Po prostu parę plamek zamigotało w oku, jak mała czarna kreseczka ciągnąca się wzdłuż horyzontu. Prawie nie do uchwycenia. A jednak. Zacząłem krzyczeć: widzę, widzę, moje oczy nie kłamią, to góry Dufeka. Niemal płakałem z radości i rozpierało mnie takie nie wiadomo co.

16. DZIEŃ 
Po wyjściu z namiotu chmury, nic nie widać, ani odrobiny wiatru. Szedłem i liczyłem, ile jeszcze dni do Frost Spur. Nagle zaczął lekko dmuchać wiatr, więc ja w te pędy spadochron i powoli człapałem. Pomagałem nartami, trochę szedłem i tak minęła godzinka, a później rozdmuchało się bardziej i jechałem sobie jak król! Fajnie tak jechać, bolą nogi w kostkach i kolanach i stopy, ale to nic. Nie robiłem żadnych przerw, aż do końca. Cały czas tylko jechałem. Bardzo dobrze, każde dwie godziny jazdy to prawie jeden dzień marszu. Dobrze się czułem tak jadąc.

17. DZIEŃ
Już 6 grudnia, 17 dzień w drodze. Nie jest źle, a może będzie dobrze, zobaczymy. Dobrze by było być przed 10 grudnia na Frost Spur, przed 10 stycznia na biegunie południowym i później to już byłby prawdziwy cud, gdybym przed połową lutego dostał się do zatoki McMurdo. Ale czy to możliwe? Jest cieniutka nić, na której opiera się moja nadzieja na dotarcie do Bieguna, a dalej wolę nawet nie myśleć. Trzeba żyć codziennie, robić robotę i iść, iść, ciągle iść. Poszło nieźle, pogoda do niczego, wiatru też nie było specjalnie, a i tak zrobiłem 35 km.

18. DZIEŃ 
Noga wygląda ociupinkę zdrowiej. Może wszystko się ułoży i będzie dobrze. Muszę iść, dopóki są siły, paliwo i jedzenie. O reszcie trzeba zapomnieć. Czasem mi pomagał wiatr, ale tylko w marszu, nie można było jechać. Szedłem i szedłem, aż do dziewiątej. Uszedłem prawie 30 km. Super, palce lizać.

Cały dzień myślałem o wieczorze w namiocie i o kolacji, tym, że będę jadł rybę. Suszone kawałki ryby z pemmikanem, pycha. A w ogóle to zaczyna być fajnie, nawet nie badałem nogi, może się jakoś ułoży. A gdyby tak oprócz przejścia Antarktydy zrobić najdłuższą podróż na świecie? To może jest dobra myśl. Najdłuższa podróż na Ziemi, dlaczego nie?

19. DZIEŃ
Do Frost Spur jeszcze roboty na dwa dni. Teraz jest bardzo mocny wiatr, namiot aż dygocze. Nie będzie można używać spadochronu, poza tym wiatr jest za bardzo z południa. Dzisiaj dzień taki, że nie da się nic o nim specjalnie powiedzieć. Szedłem, patrzyłem na góry Dufeka, ale w głowie nic się nie działo. Zmęczenie i znużenie.

20. DZIEŃ 
Myślę ciągle tylko o kilometrach, ilości racji, ile do Bieguna, ile dni i tak dalej. Ciągle to samo: kilometry i dni. Szkoda, że nie miałem czasu, aby więcej popracować ze spadochronem. Dobrze by było mieć cztery spadochrony, 4m2, 10m2, 16m2, 24m2. Może to by było optimum. Dobrze mi się szło, bez wiatru, spokojnie, zrobiłem prawie 25 km.

21. DZIEŃ 
Dzień Frost Spuru. Dzisiaj spróbuję przejść Mroźną Ostrogę i wejść na płaskowyż. Sanki trzeba wciągnąć wysoko. Spróbuję to zrobić na dwa razy. Pogoda z rana dobra, bez wiatru, słońce.

Zapakowałem połowę rzeczy na sanki i w drogę. Sanki szły coraz ciężej i ciężej. Zrobiło się stromo, czuję, że mogę spaść, potoczyć się i będzie koniec. Dochodzę do skał i zostawiam trzy worki. Idę dalej, ale nie daję rady, robi się tak stromo, że nie mogę uciągnąć sanek. Wykopuję na stoku dół, składam jeden worek i wbijam narty. Dalej jest ciężko, ale można uciągnąć. Ledwo dycham i w końcu małymi kroczkami wdrapuję się z sankami. Chyba drugi raz nie dam już rady. Wracam tą samą drogą, znowu miękki śnieg, znowu szczeliny.

Wracam jeszcze raz z trzema workami spod skał i jednym spod narty. Znowu ledwie zipię. Dochodzę, wykopuję dół, zaznaczam nartą i składam wszystkie worki. Wracam na dół. Dochodzę do namiotu, ale jest za późno, żeby próbować jeszcze raz. Już nie mogę, położyć się, leżeć, napić czegoś, nie dam rady dalej ciągnąć ani nic robić. Jutro.

22. DZIEŃ 
Udało się, jestem na górze. Tyle nowych szczelin, trzeba było przechodzić jedną za drugą. Starałem się tylko muskać powierzchnię śniegu, a tu but się zapada i widzisz czarną pustkę. Kiedy zapakowałem na nowo sanki, myślałem, że nie ruszę. Taki ciężar, a tu głęboki śnieg.

23. DZIEŃ
Dobrze, że już za Frost Spur. Nie wiem, jak dałem radę wejść z całym moim dobytkiem. Nad ranem niesamowite zmęczenie. Kości, stawy, mięśnie bolą, ale to jest taki dobry ból. Chyba nigdy nie byłem tak zmęczony. Teraz trzeba dotrzeć jak najszybciej na Biegun, tam się okaże, ile zostanie mi jedzenia, na ile dni i tak dalej. Zrobiłem dziś 24 km, nie jest źle.

24. DZIEŃ
Dzień powoli zleciał. Bez rewelacji, ale zawsze do przodu, prawie 25 km. I pogoda dobra. Ciężko pomyśleć, ile kilometrów jest do końca. Jak to będzie? Nie wiem, trzeba iść, dzień po dniu i kiedy dzień się kończy, to dobrze. I ważne, żeby robić kilometry. Wtedy krok po kroczku można gdzieś dojść. Do Bieguna 777 kilometrów, to już nie wygląda tak źle.

25. DZIEŃ
Wciąż nie ma dobrego wiatru. Cóż robić, trzeba dygać.

Trudny dzień, jak nie wiem co. Czarne myśli szły za mną i przede mną. Cały czas upadki i podnoszenie się z zamętu. Czasem uchodziło ze mnie wszystko i zostawała kukiełka ze ściśniętym gardłem i kołaczącą się po łepetynie myślą: trzeba iść, to jedyne, co mogę zrobić, trzeba iść, to jedyne co mogę zrobić – i tak całymi godzinami. Antarktyda jest biała, ja ciągnę sanki. I to wszystko, więcej nic się nie da powiedzieć.

26. DZIEŃ
Dni zaczynają płynąć coraz szybciej. Wymarsz, przerwa, druga, trzecia i już rozbijanie namiotu i spanie. Ale dużo pracy jest pomiędzy biwakami, już to czuję. Jakby nie było, już prawie 600 km ciągnę te sanki. Mam zapas jedzenia na ponad 60 dni.

27. DZIEŃ
W nocy wiatr jakby trochę z północy. Pobudka o 4:00 rano. Spróbuję. W dzień może już wiatru nie być. Zrobiło się pochmurno i biała ciemność, nic nie widać.

Stawiam spadochron, ale zaczęło mnie nieść prosto na szczeliny. Ciemno, biało, ale instynktownie zobaczyłem plamy, inny odcień bieli i potem gdy się przejaśniło, okazało się, że same szczeliny. Więc szedłem w zamieci, wiatr prosto w twarz, a ja skulony i smutno mi. Zerwałem się tak wcześnie po to, aby dygać w beznadziejną pogodę. A o dziewiątej, gdy normalnie zaczynam iść, było już ciepło i w porządku. Smutny cały dzień i do niczego w ogóle. Świeży śnieg hamował sanki i to porządnie. Ledwo dawałem radę iść.

28. DZIEŃ
Ależ wczoraj byłem zmęczony z powodu głębokiego śniegu, pagórków, dolin i ciężkich sań. Odpocząłem w nocy i teraz jest lepiej. Dom, jedzenie, spanie i ciągnięcie. Oto mój świat. Czasami jest dobrze, czasami źle.

Dzisiaj normalny dzień roboty. Ani grama wiatru z północy, trzeba się przyzwyczaić. Żadnych ułatwień. Myślisz, że rach ciach i będziesz robił po 50 kmdziennie. Wiaterek, żagielek i saneczki będą jechać same. Figa z makiem, chciałeś, to masz. Dygaj teraz. Musisz przejść każde sto metrów i przeciągnąć kochane saneczki. Ale nie jest już tak źle. Idę, ciągnę, czas płynie, a ja zrobiłem dziś 24 km.

29. DZIEŃ 
Nie przespałem prawie całej nocy. Tak dobrze mi było, cieplutko, leżałem i marzyłem. Czy ja wiem, może byłem troszeczkę szczęśliwy. Nie dlatego, że idę szybko, bo nie idę, ale po prostu że żyję, jestem tu aż tak daleko i jeszcze mam siłę iść dalej. Że w ogóle chce mi się iść. Ale tak naprawdę nie wiem, dlaczego było mi tak dobrze. To przyszło samo, ogarnęło mnie. Ja tylko leżałem w śpiworze i zasypiałem. A tu zawitało do mnie szczęście na chwilę i zrobiło mi się lekko i spokojnie.

W dzień idę, trochę używam spadochronu. Zrobiłem 56,4 km.

30. DZIEŃ
Trzydzieści dni to już nieźle. Mniej więcej jedna trzecia wyprawy i minąłem połowę drogi do Bieguna. Cały dzień dryfujący śnieg, na szczęście z boku. Kiedy szedłem w tej zamieci, miałem dosyć. Wciąż myślałem, jak to będzie z dalszym ciągiem. Jak sobie wyobrazić przejście jeszcze trzykrotnie takiej odległości. Wydaje mi się, że jestem zmęczony, ale nie wiem. Samo ciało nie dojdzie, potrzebny jest duch. Duch jest najważniejszy. Nogi staną w miejscu, a ciało choćby było napchane jedzeniem i wypoczęte, też się nigdzie nie ruszy.

31. DZIEŃ 
Wiatr ciągle mocny. Chciałbym dojść na Biegun w pięćdziesiąt dni, ale czy to jest możliwe? Przy takiej pogodzie nie wiem. Wiatr zmienił kierunek na południowy. Ciężko mi się szło. Myślałem, że z resztką tego sztormu pojadę kawałek, a tu guzik. Potem jeszcze zastrugi stały się duże i było pod górę. E tam, wszystko nie tak. Coraz gorzej. Źle się czuję, to jedno boli, to drugie. Już zwolniłem, dziś tylko 23 km przez cały dzień. Wytrzymaj to, musisz to wytrzymać.

32. DZIEŃ
Nocą przyszły do mnie znowu smutki. Dużo ich było i aż mnie przygniotły. Nie mogłem się od nich uwolnić.

Zasuwałem cały dzień, ile się dało. Żałuję, że nie mam dziesięciometrowego spadochronu. Z moim ciężko coś zrobić przy bocznym wietrze. Przeszedłem prawie 30 km, z tego trochę ze spadochronem, ale mnie znosiło. Nie wiem, jak ze mną będzie, ale trzeba wytrzymać do końca.

34. DZIEŃ 
Dołuje mnie brak drugiego spadochronu, ileż więcej kilometrów mógłbym zrobić w różnych sytuacjach, ale nie warto może myśleć o tym, co by było, tylko o tym, co będzie. Trochę boli mnie, coś mnie tak łupie.
Rano chmury, mgła, wiatr w twarz i zimno. Szło mi się ciężko po zastrugach. Krzyż ciągle boli, a do tego zimno i żadnej nadziei. Znosiło mnie na zachód, ale w normie, było też coś do przodu. I tak walczyłem przez cały dzień. Czasem spadochron unosił mnie do góry. Paski od uprzęży wpijały się w nogi, wiatr szarpał mnie i nosił we wszystkie strony. Na razie cieszę się z tych kilometrów, to wspaniale. Oby więcej takich dni.

35. DZIEŃ
Wigilia Bożego Narodzenia. Pomyślałem, że fajnie by było zrobić prezent pod choinkę, dojść na 86°. Cóż ja będę robił w namiocie, lepiej iść i dojść, będę pamiętał tę Wigilię. No i szedłem prawie do dwunastej, słaniałem się na nogach, jeszcze 6 kilometrów, jeszcze 3 kilometry, jeszcze 1800 metrów, jeszcze 200 metrów. Aż stanąłem na 86°.

36. DZIEŃ
Boże Narodzenie. Szedłem równo dziesięć godzin. Wydawało mi się, że ktoś siada na sanki. Może i tak było. Dziś są wyjątkowo ciężkie, nigdy chyba jeszcze takie nie były. Robi się coraz zimniej, po przerwie zimno w łapki przez pół godziny i twarz zalodzona.

37. DZIEŃ 
Cały dzień wiatr, dryfujący śnieg, zastrugi. Ciężko ciągnąć sanki. Tak jakby szły po piasku. Ale dzień zleciał, od przerwy do przerwy, rach, ciach i zrobiłem prawie 23 km. Wieczorem chwila wytchnienia. Poczytałem trochę, sprawdziłem zapasy i przeczytałem życzenia świąteczne na kartkach w czekoladach. Są bardzo ciepłe i dobre. Cieszę się, że w tylu domach jest dla mnie miejsce przy wigilijnym stole.

38. DZIEŃ 
Osiągnąłem 86 stopień. Biegun jest już realny. Cały czas mgła, bez słońca, wiatr prosto w twarz, zastrugi. Trudno wytrzymać, ale trzeba iść. Najgorzej, że nie ma słońca, w namiocie zimno, człowiek jest taki przykuty i stłamszony. Może jakoś to przejdę. K t o wie? Bardzo bym chciał. I żeby jutro było słońce.

40. DZIEŃ 
Coś złego dzieje się z materacem. Rozwarstwia się i tworzy się duża bańka powietrza. Nie wiem, jak temu zaradzić. Jak spuściłem powietrze, to zimno i ciągnie chłodem od lodu.

Potworny ból w nodze, wygląda, jakby rzeczywiście coś tam było złamane i się zrosło. Nie mam czucia na całej powierzchni poniżej kolana, skóra schodzi. Czuję się naprawdę źle. Nie wiem, co to może być. Okrutny dla mnie dzień dzisiaj. Ledwie żyję. Naprawdę. Nie mam siły ciągnąć sanek. Co będzie dalej, nie wiem. Czy dojdę do Bieguna? Dojście do McMurdo to byłby prawdziwy cud i tylko w tych kategoriach należy to rozpatrywać. Jestem w złym stanie, tym razem nie da się ukryć.

41. DZIEŃ 
Straszny dzień, najgorszy do tej pory.

Próbuję w nocy coś zrobić z materacem, ale nie za bardzo wychodzi. Zrobiła się ogromna bańka, która rośnie. Rano dziura w garnku. Koniec! Nie ma drugiego dużego garnka. Zalepiam klejem epoksydowym. Gotuję wodę: hurra, trzyma! Ale na jak długo?

Niewesoło ze mną, jak całkiem wysiądzie materac albo garnek, to może doczołgam się do bieguna, ale co dalej. Zaczynam później marsz, czuję, jak odchodzi ode mnie nadzieja, a przychodzi Pustka. Cały czas głęboki śnieg i zastrugi. Ledwie dyszę, okrutny jest ten śnieg, to on mnie tak spowalnia. Przykleja się do sanek i trzyma.i Przeszedłem tylko 15 km, aż się nie chce wierzyć. A taki jestem zmachany.

42. DZIEŃ - SYLWESTER
To jest jak czyściec. W ogóle cała ta podróż jest dla mnie jednym wielkim Czyśćcem. Poprzednia wyprawa na biegun południowy była bez porównania lepsza. Byłem szczęśliwy i było mi tak dobrze. A teraz jest okrutnie i ponuro.

Kolejny dzień horroru na zastrugach, zaspach i świeżym śniegu. Najgorszy jest ten śnieg, tak zwalnia, nie mam słów, aby to określić. A zresztą trudno, jak się nie ma, co się lubi, to trzeba akceptować to, co jest. Przecież nie można się obrazić. Można iść albo nie iść.

Nowy Rok. Wybieram czas polski na jego powitanie. Rysuję na ścianie namiotu kieliszek szampana i serpentyny. Punktualnie o północy czasu polskiego wypijam kubek gorącej wody. Myślę o wszystkich mi bliskich całym sercem i życzę im jak najlepszego, jak najszczęśliwszego Nowego Roku 1997!

43. DZIEŃ -  NOWY ROK
Przeczytałem kartki od przyjaciół na Nowy Rok, które były między czekoladkami. Super ! To bardzo, pomaga, jest o czym myśleć.

Niby nie taki silny wiatr, a przegonił w diabły ten świeży śnieg. Pierwszy raz momentami czułem jedność z sankami, tak jak gdybyśmy stanowili jedną całość. Dobrze się szło.

44. DZIEŃ 
Martwi mnie materac. Bąbel robi się coraz większy, źle się śpi, zimno ciągnie. Boli mnie głowa, która leży na tym bąblu, nos i gardło całe zapchane.

Ale mi dał w kość ten dzień. Kiedy rozkładałem namiot, robiło mi się ciemno przed oczami. Cały się słaniałem. Pierwszy raz coś takiego mi się zdarzyło. W ogóle czuję, jak słabnę, nie mam już sił. Drugą połowę dnia powłóczę nogami, a ostatnią zmianę ledwie mogę przepełznąć, bo trudno to nazwać marszem. Zataczam się idąc. To już nie są żarty. Namiotu nie miałem sił rozłożyć. Odjeżdżałem. Nie wiem, może ten wysiłek na zastrugach wychodzi teraz albo ogólne zmęczenie. Pocieszam się w ten sposób. Myślę, że trzeba pomału, nie można się szarpać.

45. DZIEŃ 
Założyłem uprząż i rozwinąłem spadochron, szarpnęło i zacząłem jechać. No i tak jechałem, myśląc: oby udało się dziś przekroczyć 88 stopień. Wiatr wiał, godziny mijały, a ja w końcu przekroczyłem ten stopień Nadziei i dałem się poprowadzić dalej. Zrobiło się biało, nic nie widać, na szczęście było już płasko. Potem już w nocy byłem coraz bardziej zmęczony, myślałem, aby zrobić postój i rozbić biwak, przecież zrobiłem już tyle kilometrów i jestem na 88 stopniu. Jednak pomyślałem, że muszę wytrzymać do końca, dopóki nie padnę, trzeba jechać z tym wiatrem.

Zacząłem się już przewracać, powoli traciłem kontrolę nad tym, co robię, zadzwonił budzik, była siódma rano czwartego stycznia. Przez chwilę myślałem, że to sen. Wiatr zaczął powoli słabnąć, już nie ciągnęło tak dobrze. Po ósmej byłem już wykończony. Trzeba rozbić namiot, póki jeszcze mam siłę to zrobić. Koniec, resztkami sił postawiłem domek, zrobiłem coś gorącego do jedzenia i wypiłem chyba ze dwa litry wody, bo cały czas jechałem nic nie pijąc. Nie pamiętam, kiedy zasnąłem. Wydawało mi się to niesamowite, kiedy odczytałem, że zrobiłem 115 kilometrów !

46. DZIEŃ
Śpię może godzinkę lub półtorej. Szkoda mi wiatru. Ciągle nasłuchuję, jest. Wychodzę ze śpiwora, nawet nie jem śniadania. Pakuję się i w drogę. Ale wiatr nie jest w stanie uciągnąć sań. Jest miękki śnieg, nie da rady i już. Spadochron pomaga, to i tak dużo. Bardzo dużo. Idę sobie, nie przejmuję się niczym i jest dobrze. Jestem cały otępiały, nie bardzo mam świadomość tego, co robię. Przeszedłem 12,1 kilometra. Do Bieguna jeszcze 131 kilometrów.

47. DZIEŃ
Przegrany dzień dziś. Zrobiłem tylko 8 km. Jestem tak zmęczony, że nie mam siły ciągnąć sań przez ten głęboki śnieg. Myślałem, że przyjdzie wiatr, łudziłem się, po dwóch godzinach ciągnięcia po południu odpuściłem. Dziś nie byłem w stanie. Jestem przybity i nic mi się nie chce.

48. DZIEŃ 
Z mozołem ciągnę sanki. Nie do wiary, co się ze mną stało, jestem chory, zapalenie płuc, czy co? Ogólne wycieńczenie. Ciągnięcie sanek normalnym tempem jest niemożliwe. Niby są zaspy, ale przecież jest płasko. Wiatr w twarz, czuję jak lodowate powietrze wchodzi w płuca. Też nigdy tego nie miałem, pluję czymś żółtym albo brązowym, sucho mi w gardle i mam spieczony język. Może gorączka albo jakaś choroba. Nie wiem.

Przez półtorej godziny zrobiłem jedną milę. Potem zauważyłem, że jest duże nachylenie, którego nie widać. Dopiero jak wszedłem wyżej, stało się jasne, że idę pod górę. Stromo jak na człowieka, który idzie z saniami ważącymi ponad sto kilogramów. Gdyby iść sobie ot tak, pewnie by się tego nie zauważyło.

49. DZIEŃ
Wiatr północny, ale taki słabiutki, że nic się nie dało zrobić. Cały dzień ciągnąłem przez głęboki śnieg, zaspy i pod górę. Beznadzieja. Żeby było więcej wiatru, jak to by było fajnie.

50. DZIEŃ 
Słaby dzień. Cały czas głęboki śnieg, zaspy. Miało być tak fajnie przed Biegunem, a zrobił się horror. To dlatego, że sanki są takie ciężkie i do tego brak tlenu ze względu na wysokość. No i ogólne wyczerpanie. Ale to jest aż nie do wiary, żebym mógł robić tylko 15 kilometrów i to tuż przed Biegunem, gdzie powinienem grzać do przodu jak samolot.

51. DZIEŃ
Nie ma co liczyć na wiatr. Pogodziłem się z tym. Te dni ciszy przed Biegunem mogą zaważyć na powodzeniu całej wyprawy. Nie można się jednak załamać z powodu braku wiatru, trzeba iść. Koreańczycy nie mają spadochronów i też chcą przejść, tyle może, że krótszą trasą. Trzeba to zaakceptować i cieszyć się, że człowiek żyje, ma co jeść i może iść. Wieczorem nic mi się nie chce, jestem przygnębiony. W kółko tylko patrzę na barometr w zegarku i nasłuchuję, czy wieje. Barometr stoi, nie ma szans. Idź spać, bo wpadniesz w obłęd.

52. DZIEŃ
Wiatr w oczy, twarz cała zalodzona, a do tego ten przeklęty głęboki śnieg. Nie wiem, skąd biorę siły, żeby ciągnąć sanie, ale czuję, że dojście na Biegun pochłania ostatnie moje rezerwy. Diabli nadali akurat tutaj ten śnieg i zaspy. Sanki zapadają się, już prawie nie mam sił. Nie idę na Biegun, ja pełznę albo czołgam się na kolanach, żeby do niego dojść.

53. DZIEŃ
Ósmy dzień bez wiatru, to znaczy wiatr jest, ale prosto w twarz. Znowu przeciąganie ciężkich sań przez miękki śnieg i zaspy. A do tego pod wiatr. Cóż zrobić. Tu, gdzie powinny być wiatry z północy, nic. Może to dlatego, że tak bardzo liczyłem, że tu będzie dobrze. Ale nie, właśnie przed Biegunem jest najgorzej. Nie można normalnie iść, trzeba pełznąć na kolanach. Nic na to nie można poradzić, jedynie iść, iść, iść. Pojutrze już mam szansę być na Biegunie, to nie do wiary! Pojutrze Biegun. Już drugi raz w moim życiu.

54. DZIEŃ
A więc to już jutro. Tak, może jutro dojdę drugi raz na Biegun Południowy. Wczoraj wieczorem radość, aż spać nie mogłem do czwartej rano, no i dzisiaj jestem zmęczony. Trzydzieści kilometrów stąd jest Biegun. Widziałbym go wyraźnie, gdyby był górą. Mam go przejść i pójść dalej. Nie zatrzymywać się, lecz przekroczyć. Tyle dni ciszy. Jakie miałem niesamowite szczęście z tym jednym dniem, kiedy zrobiłem 100 km.

Dziś ciężko się szło, ale znośnie. Włączyłem walkmana i było kapitalnie!!! Kora, Oldfield, Vangelis, no po prostu palce lizać. Dzień minął jak z płatka i wcale się tak nie zmęczyłem. O 17:58 pierwszy raz zobaczyłem Jego. Najpierw myślałem, że coś mi miga przed oczami, takie czarne plamy, potem myślałem, że zastrugi, a dopiero na końcu pomyślałem, że to On. Byłem wtedy dziewiętnaście kilometrów od Południowego Bieguna Ziemi.

55. DZIEŃ
O godzinie 19 doszedłem na Biegun. Wszyscy odradzają mi kontynuowanie marszu; te ilości jedzenia i perspektywa, że A.N.I. ściągnie mnie z lodu. Jestem kompletnie rozbity. Børge dwieście kilometrów przed McMurdo. Ran już jest w domu, kamienie nerkowe. Koreańczycy i Lorence dwieście kilometrów przed Biegunem. Jestem zdezorientowany. Co mam robić? Czy rzeczywiście ryzykować akcję ratunkową. Doszedłem do Bieguna, przeciągnąłem ze sobą całe jedzenie i paliwo, a teraz okazuje się, że jest za mało czasu. Do tego kompletnie nie ma wiatru. Co zrobić? Iść? A jeżeli rzeczywiście będzie akcja ratunkowa. Przynajmniej trzeba spróbować.

57. DZIEŃ 
Wszechogarniające zmęczenie, a do tego zimno. Po paru godzinach snu trzeba wstać, jest trochę wiatru. Może uda mi się pójść przez ten miękki śnieg. Może. Bardzo jestem wyczerpany. Na Biegunie byłem co najmniej 5 dni za późno. Co będzie dalej? Może być trudno zmieścić się w 35 dni do McMurdo. Czy mam prawo narażać ludzi, którzy mi zaufali?

Próbuję jeszcze iść na północ. Jest wiatr północno-wschodni. Nie da się żeglować. Zostało mi 36 dni. Do zrobienia 1550 kilometrów. Z tym spadochronem, który mam, nie jest to pewne. Ryzyko jest zbyt wielkie. To już lepiej zrobić nową wyprawę. Trzeba umieć się cofnąć, kiedy naraża się innych ludzi.

58. DZIEŃ 
Idę w stronę Bieguna. Jeszcze raz. Do przejścia mam 38 kilometrów. Tak jak rok temu. Jestem rozbity i przygnębiony, ale patrzę z ufnością w przyszłość. Fajnie będzie znów być na Biegunie. Porażka nieraz jest dobra i nie zawsze zabija. Nie wiem, jak będzie ze mną. Może to wyjdzie na dobre albo na złe. Może to było przeznaczenie?