Serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na ich zapis lub wykorzystanie. Więcej informacji w Polityce prywatności.
akceptuję

Antarktyda

Trawers Gór Ellswortha, zdobycie najwyższego szczytu Mount Vinson

Trawers Gór Ellswortha, zdobycie najwyższego szczytu Mount Vinson

Dziennik wyprawy

4. DZIEŃ 30 GRUDNIA 1997
Zbudziłem się rano i jest mi dobrze. Wszystko działa, tylko może jest troszkę za ciepło. Jutro zacznie się Nowy Rok. Trzeci pod rząd mój Nowy Rok na Antarktydzie.

Jeżeli chodzi o spadochrony, to muszą być różne rozmiary, w zależności od siły wiatru, ciężaru sanek i podłoża. Dobrze jest przystosować sanki do spadochronów. Dodatkowe linki gumowe zapinane na karabinki zawsze są dobre. Może dodatkowy pokrowiec na narty i kijki, tak żeby można je szybko wsunąć. Wosk do nart, aby można było się odpychać przy marszu, kiedy używa się spadochronu do pomocy. No i system „gaszenia” spadochronu.

5. DZIEŃ 31 GRUDNIA 1997
Sylwester, znowu na Antarktydzie. Dlaczego właśnie tu? Może to najszczęśliwsze dni mojego życia, chociaż nie do końca mogę to docenić. Przede mną widok na Masyw Vinson. Jak majestatycznie i pięknie to wygląda. Tylko pogoda się popsuła, nie ma słońca, wieje, zimno. Zobaczymy, jak to będzie. Przy spadochronach najważniejsze są różne rozmiary, szybkość zmieniania i bezpieczeństwo. Te trzy rzeczy: rozmiary, szybkość i bezpieczeństwo.

6. DZIEŃ 1 STYCZNIA 1998
Wczoraj było tak normalnie. Skończyłem iść, postawiłem namiot, zagotowałem wodę i spać. Dlaczego tak zwyczajnie, ani trochę święta, ani radości? Na pewno ten rok będzie lepszy. Może jestem zmęczony, a może to coś innego. Ech, życie, życie, jakie ty jesteś dziwne. Samo nie wiesz, czego chcesz. Co tu robić i jak żyć, żeby było normalnie i z sensem?

Dzisiaj po drodze dużo szczelin. Dziwne uczucie, ale można się przyzwyczaić. Lód pęka i po prostu są. Tak jak ja. Trzeba słuchać głosu Natury. Nieraz wchodziłem na pola szczelin. Piękne widoki, olbrzymie spiętrzone szczeliny na lodowcu Minnesota i widok na Masyw Vinsona. Ech życie, życie.

7. DZIEŃ 2 STYCZNIA 1998
Dzisiaj tyle szczelin, ja cię nie mogę. Przeszedłem chyba z pięćdziesiąt. Różne były: otwarte, zamknięte, kruche i solidne. Tyle szczelin nie przeszedłem nawet po drodze na biegun. No i cóż, trochę się przyzwyczaiłem. Może nie do końca, ale zawsze trochę. Później mniejsze pęknięcia lodu. Ależ to głęboko, jakie jamy, zakamarki i czeluście. Lepiej nigdy tam nie wpadać. Nawet lepiej o tym nie myśleć, ale czasem wydaje się, że jest tak blisko. Za każdym razem, kiedy wchodzę na szczelinę przysypaną śniegiem… chcę przejść.

Tysiące pomysłów przychodzi mi do głowy. Kiedy jest się na krawędzi, życie zamiera, przycicha, robi się pusto, jak gdyby nic nie było. A potem wszystko odżywa, myśli uderzają do głowy, plączą się i wszystko wydaje się fraszką. Później wszedłem na lodowiec Nimitza – piękna ściana. Z lewej strony ugina się pod ciężarem lodu. A potem do góry i do góry, słońce przez chmurę oświetliło szczyty i rozbiłem namiot na stoku. Trochę trudno, ale pięknie. Żyć, nie umierać.

8. DZIEŃ 3 STYCZNIA 1998
Ciągle głowię się nad wyjściem z lodowca Nimitz i potem przejściem przez pole szczelin, aż na lodowiec Branscombi do bazy. To już niedługo. Dzisiaj będzie leciał Twin Otter z Vinsona do Patriot Hills. Będą tam Ralf i Dave. Około 11:00 może nade mną przelecą.

Dzisiaj często używałem spadochronu. Bardzo fajnie się jechało. Potem pogoda się pogorszyła. Ciemno, chmury, ale wiatr wiał. Szczeliny, słaba widoczność pod górę, jakoś tam się jechało. A później ściana z lodu, mur nie do przejścia, zrobiło się całkiem biało, zero widoczności, tylko biało i biało. Jak przejść przez ścianę? Coś się nie zgadza z mapą. Nie mogę się połapać, gdzie jestem. Tylko rozłożyć namiot i spać. Spać. Ale jak przejść przez mur, jak to wszystko poukładać w jedną całość. Przeznaczenie. Jest zapisane. Tak, jest zapisane.

9. DZIEŃ 4 STYCZNIA 1998
Biało, nic nie widać. Ej, tak dobrze by było iść, ale nie wiadomo dokąd. Mapa się kompletnie nie zgadza. Coś jest nie tak. Pełno szczelin. Śpię w namiocie, piszę i czytam listy, słucham muzyki. Naprawiam sprzęt, śpię, siku i czytam. Już niedaleko, mam dużo jedzenia, poradzę sobie bez problemu. Trzeba czekać, trzeba być cierpliwym. Łatwo zrobić jeden krok, ten ostatni. Trzeba mieć pokorę i szanować Antarktydę. Jak nie można, to nie, trzeba czekać i tyle.

Przejść ścianę i zejść na Branscomb Glacier, to wszystko, co jest mi potrzebne.

Poczekać, nie spieszyć się, jak nie trzeba. Ciepło w śpiworze. Na zewnątrz nadciąga zimno. Zimno i wilgotno. Ciemno, przychodzą chmury. Spać, już nie myśleć, co będzie dalej. Spać, spać i zbierać siły.

10. DZIEŃ 5 STYCZNIA 1998
Biało, biało i biało. Po prostu biało i czarno. Nic nie widać. Czytam listy, myślę i śpię. Nic się nie da robić, tylko spać, przewracać się z boku na bok, coś przeczytać, posłuchać muzyki, snuć marzenia i spać. Instynkt każe najeść się dużo, bo trzeba będzie iść. No więc jem do oporu, ostatnią zupkę, czekoladę, mnóstwo pemmikanu.

Przychodzi przedświt, niebieska wstęga i coś tam widać. Widzę ścianę nie do przejścia, kamienie i potrzaskane kawały lodu. Z tyłu namiotu Branscomb Glacier, odgrodzony szczelinami i położony wysoko jak zamek na skale. Nie ma rady, trzeba obejść. Obchodzę mur, wspinam się z saneczkami wyżej i wyżej. Mapa niedokładna, nie mogę się połapać, gdzie jestem. Pełno szczelin.

Nagle znowu góry, nunatak, całe pasmo, następny mur, ręce opadają, przecież powinno być płasko. Nie wiem, jaki jest teren, bo mapa do kitu. Po prawej i po lewej olbrzymie szczeliny, decyduję się na strome przejście między dwoma nunatakami. Stromo, spadziście i nie wiadomo, co po drugiej stronie. Przechodzę dwa razy, bo za ciężkie sanki, mogą ściągnąć. Robi się zimno i ciemno od chmur. Po prawej stronie w prześwicie piękne góry.

11. DZIEŃ 6 STYCZNIA 1998
Pięknie widać Vinson, barierę, która odgradza mnie od bazy, i cały lodowiec Nimitza. Dużo szczelin. Czas ruszać w drogę. Teren faluje, śnieg głęboki, trzeba orać jak koń. Zataczam koło, chyba około 20 km, i obchodzę poszarpany i poszczeliniony lodowiec. Powoli zbliżam się do bariery. Wieczorem dochodzę i kryję się na przełęczy, jedyne miejsce, którym można zejść na Branscomb. Widać wzgórza, kamienie, szczeliny, ale nie za bardzo widać przejście. Sprawdzam pozycję GPS, biorę namiar kompasem i namierzam koniec białej góry. Tam na pewno jest przełęcz, tak przynajmniej jest na mapie.

Muszę tylko obejść górę i już. To nic, że robi się stromo, jakoś sobie poradzę, baza już niedaleko, napiję się tam gorącej herbaty, Dave i Conrad już na mnie czekają. Stromo i stromo. Zaczynam tracić kontrolę nad sankami. Mogę się potoczyć. Instynkt każe stanąć. Wszystko nie tak. Co tam mapa, tutaj coś nie gra. To nic, że jestem zmęczony i zaraz baza. Cofam się na w miarę płaskie miejsce i schodzę w dół bez sanek, żeby zobaczyć tą przełęcz z perspektywy. Schodzę niżej, a tam poszarpane wszystko i poprzewracane. Same szczeliny. Poszedłbym jeszcze dalej, to mogłoby być źle.

Zostawiam sanki i szukam przejścia. Wiem, że przejście jest tylko jedno, a reszta to pionowe ściany. Mapa jest do kitu. Dochodzę do miejsca, skąd widzę obóz pod Vinsonem – małą czarną plamkę. Wracam po sanki, mówię sobie spokojnie, nie spieszę się nigdzie. Tak łatwo popełnić błąd, tak szybko i łatwo. Zbliża się czas łączności, więc rozmawiam z Davem, podaję swoją pozycję i pytam, jak wygląda przejście od strony Vinsona. Ciężko ustalić tę przełęcz, bo zupełnie inaczej wygląda od strony lodowca Branscomb. Ustalamy, że przejście to płaskie miejsce z mojej strony o szerokości 700 m, z którego widać bazę. Conrad mówi, że z lewej strony jest bardzo stromo i trzeba iść w prawo, zamiast od razu w stronę obozu. To samo mówił też Ralf o tej przełęczy. Ciągnę tam sanki, bo już wiem, że to jest to samo miejsce, gdzie byłem na samych nartach. Kiedy już jestem na przełęczy, jeszcze raz rozmawiam przez radio. Dave i Conrad widzą mnie. To jest na pewno to miejsce. Pakuję radio, zdejmuję narty i zaczynam schodzić. Jeszcze coś się pode mną załamuje na górze. Coś jakby szczelina, ale nie próbuję sprawdzać. Robi się stromo, za stromo, żeby zejść na jeden raz z sankami. Muszę to zrobić na dwa razy. Jest późno, prawie północ, mogę rozbić namiot i jutro ściągnąć ekwipunek na dół albo zostawić sanki, zejść na dół na pusto i zobaczyć, jaka jest najlepsza droga, a potem albo wrócić na górę, albo iść do bazy. Zakładam raki, schodzę w dół, a później jeszcze cztery km marszu do bazy. Dave i Conrad – w końcu możemy normalnie porozmawiać. Jeszcze dużo, dużo herbaty.

Przychodzi ulga, to już za mną. Zrobione. Pijemy herbatę, rozmawiamy, a wokół mnie ściany z lodu. Jak ja doszedłem tutaj? Cieszę się jak dziecko.

15 STYCZNIA 1998
Wraz z Leszkiem Cichym, Anną Czerwińską, Kubą Jakubczykiem, Jackiem Jezierskim, Januszem Majerem i Wojciechem Ostrowskim weszliśmy na szczyt najwyższej góry Antarktydy, Mount Vinson ( 5140 m n.p.pm).
Na górze świeci piękne słońce. Pomimo śniegu zdjęliśmy z Leszkiem buty i skarpetki i zrobiliśmy sobie krótki spacer na bosaka. Wspaniale wchodziło się na tą górę, pokonywało na rakach grań. Ogarnęła mnie jakaś radość, dziecięcy zachwyt. Dobrze było robić coś po raz pierwszy!