Serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na ich zapis lub wykorzystanie. Więcej informacji w Polityce prywatności.
akceptuję

Przejście pustyni Gibsona - 800 km w 46 dni

Dziennik wyprawy

1. DZIEŃ 25 CZERWCA 1999
W końcu ruszamy. Zimna noc. Kiedy się budzimy, jest ciemno, na niebie jeszcze księżyc i gwiazdy, w tle błyski naszych latarek. A potem przejęta, może trochę przerażona twarz Thomaza z Brazylii, który mówi, że nie ma sensu, żeby on ruszał w drogę, bo ze względu na bóle kręgosłupa i mięsni nie będzie w stanie dłużej niż kilka dni ciągnąć wózka. Szkoda, ale cóż robić. Może nie znamy wszystkich powodów jego decyzji. Dziwna to rzecz – iść przez Australię z wózkiem. Powędrujemy przez tę najstarszą na świecie ziemię, przez nasze rozterki, przez naszą przyszłość i przeszłość. A dokąd dojdziemy? Do Kintore czy może gdzieś dalej i wyżej?

2. DZIEŃ 26 CZERWCA 1999
Budzę się o szóstej. Coraz trudniejszy teren, królestwo spinifexów –ostrej, pustynnej trawy.
Po przerwie teren nie puszcza, przechodzimy parę wydm. Ciągle spinifexy i spinifexy. Denis mówi wciąż o Windy Corner, przelicza drogę na dni, ale tylko do tego punktu. Staramy się jej pomagać, popychamy wózek, ale i tak cały ciężar ciągnięcia spada na nią.

Siedzimy teraz przy ognisku, właśnie przygasa, ale jest pełnia i wszystko widać. Siedzimy tak pod gołym niebem, przesiąknięci potem, kurzem, brudni, coś tam pichcimy, piszemy, rozmawiamy. Pamiętam, kiedy byłem dzieckiem, obozy żeglarskie, ogniska, łapanie i pieczenie raków. To było tak dawno. Chciałbym wrócić do tamtych czasów. Może nie trzeba byłoby wtedy jechać do Australii. Sam nie wiem, ale chciałbym znowu tam być z moimi przyjaciółmi z dzieciństwa, wrócić do domu, pójść do dziadków. I żadne cuda świata tego nie zastąpią.

3. DZIEŃ 27 CZERWCA 1999
Pobudka o piątej, po skromnym śniadaniu w drogę. Przeszliśmy słone jezioro, później idziemy między czerwonymi skałami. W pewnym momencie pojawiły się dwa wielbłądy. Przez jakiś czas szliśmy niedaleko siebie.

Idziemy dość szybko, ale musimy zrobić przerwę, bo Denise ma problemy z nogą. Zrobił się duży bąbel z ropą i trzeba go opatrzyć. Żeby było jej lżej, każdy zabiera po worku z wodą. Razem daje to około 20 kg – odczuwalna różnica. Nie jest źle, ale idzie się ciężko, szczególnie po dziesiątej, gdy zbliża się południe.
Teraz leżymy pod płachtą między wózkami w cieniu na karimatach, ćwierkają ptaki i oblegają nas muchy.

4. DZIEŃ 28 CZERWCA 1999
W nocy nie bardzo spałem. Bolał mnie brzuch, może za mało jedzenia. Nie mogę jeść tych wszystkich słodkości. Myślałem tylko, jak to będzie w dzień, jak pociągnę wózek. Pobudka, gwiazdy i księżyc. Potem powoli pojawia się słońce.

Ciężko mi się szło na pierwszej zmianie, ale zrobiliśmy przez godzinę ponad 3 km.

Obóz rozbiliśmy po 11 km, ponad 3km od składu z wodą. Trochę odpoczęliśmy, a potem w drogę z plecakami. Załadowaliśmy po 30 litrów wody, upraliśmy ubrania i znowu do obozu. Denis zrobiła piękną kolację.

To był dobry dzień, zrobiliśmy co trzeba, mamy wodę. Jesteśmy zmęczeni, ale nie szkodzi.

5. DZIEŃ 29 CZERWCA 1999
Powoli zżywamy się tą czerwoną ziemią, z gwiazdami i księżycem, i idzie się coraz lepiej. Fizycznie przystosowuję się do wysiłku i mam więcej czasu na myślenie.

Poranek dość ciężki, wszyscy zmęczeni, w czasie przerwy Denis ogląda chorą nogę. Zrobiły się jej bąble z ropą i obie nogi ma obtarte, więc opatrujemy jej rany. Denis twierdzi, że lepiej będzie ją zostawić, a ona poczeka, żeby ją zabrać. Nie wiadomo skąd taka zmiana, dziewczyna zupełnie straciła motywację. Musi być jej ciężko ciągnąć wózek i to się odbija na psychice. Staramy się, jak możemy żeby ją odciążyć, ale i tak coś zostaje, nawet pusty wózek swoje waży. Denise mówi, że nie chce być dla nas balastem, że przez nią stajemy się wolniejsi. Tłumaczę jej, że najważniejsze jest, byśmy doszli wszyscy. Wydaje się jednak, że jest przekonana, że nie dojdzie, że nie da rady fizycznie, i zdecydowała już, że za nic nie zgodzi się iść do Kintore. Nie ma jednak mowy, żebyśmy ją zostawili samą czekającą na ewakuację, musimy dojść razem do Windy Corner. Dziwne – najpierw Thomaz opuszcza wyprawę, teraz Denise, o co chodzi?

8. DZIEŃ 1 LIPCA 1999
Do południa robimy prawie 16 km. Na przerwie Denise mówi ostatecznie, że nie da rady iść do Kintore. Akceptujemy jej decyzję, jak ktoś mówi trzy razy, że nie ma ochoty iść dalej, to rzeczywiście to nie ma sensu.

Krótka drzemka i dalej w drogę. Ciężki teren, dużo spinifexów. W końcu dochodzimy do naszego składu z wodą. Wszyscy się cieszymy. Dla mnie to jednak trochę dziwne odczucie - dochodzimy do dołu, w którym jest 250 litrów wody, jedzenie, baterie i różne drobiazgi. Nie jest to naturalne, nigdy na wyprawach nie korzystałem z tego typu pomocy, z zrzutów. Dziwnie się czuję, ale się cieszę. Pokonaliśmy pierwszy etap, przeszliśmy już 100 km.

9. DZIEŃ 2 LIPCA 1999
Noc zimna, aż szczękałem zębami. Śpiwór powinien być cieplejszy. Dziś będę spał w polarze i skarpetkach. O świcie słychać ptaki – hałasują, ćwierkają, śpiewają. Aż chce się żyć i coś robić. Wykopujemy wodę i jedzenie. Potem sortowanie, dzielenie, pakowanie. Pranie, prysznic z worka powieszonego na drzewie.
Odpoczywamy cały dzień. Wieczorem palimy ognisko, oglądamy Drogę Mleczną. Znów robi się chłodno. Może idę przez pustynię, żeby znaleźć odpowiedź na pytanie jak i dokąd iść dalej przez życie.

10. DZIEŃ 4 LIPCA 1999
Najpierw dużo spinifexów, potem bardziej płasko. Ciężko się idzie, wszyscy są zmęczeni. Denis słabo to znosi, widać, że przejmuje się tym, że potrzebuje pomocy. Nasze kompasy coś wariują, tylko mój dobrze działa. To dlatego, że mój jest na południową półkulę, a inne uniwersalne.

Wieczorem mała operacja usunięcia krwi z bąbli na nodze Denise. Marc robi to za pomocą strzykawki. Potem wszystko wrzucamy do ognia. Teraz bąble są suche i będą się lepiej goić.

11. DZIEŃ 5 LIPCA 1999
Zimna noc, rano ciężko wstać. Na początek trudny teren. Trawy po pas, ciężko iść. Słaniamy się na nogach ze zmęczenia. Podczas przerwy leżymy bez ruchu, muchy nas obsiadają.

Dochodzimy do oazy. Dużo kwiatów, widać czerwonego kangura, ucieka przed nami, jest całkiem blisko. To dziwne uczucie widzieć kwiaty na pustyni.

Wieczorem mały pożar, zaczął się palić prymus. Rozlało się paliwo, dużo ognia, zajęło się jedzenie i sprzęt. Ugasiliśmy to piaskiem. Złapałem łopatę i zasypałem prymus. Później wymieniliśmy pompkę, oczyściliśmy prymus i mamy niezły wieczór przy ognisku.

13. DZIEŃ 7 LIPCA 1999
Wstajemy dość późno. Jest gorąco i duszno. Coś tam robimy, leżymy. Odpoczywanie jest bardziej męczące niż marsz. Czuję się wypompowany i nic mi się nie chce robić.

Wieczorem zrywa się gwałtowny wiatr; wydaje się, że porwie nam płachtę. Ustawiamy ją na nowo, zakładamy folię, okopujemy ziemią i dokładamy kamieni. Raczej przetrwa.

Zawieszamy worek z wodą na drzewie i każdy bierze prysznic.

Wieczorem siedzimy długo przy ognisku, rozmawiamy o pracy w zespole, o zgraniu się i dotarciu, o tym dlaczego nie ma z nami Thomaza i że niedługo będziemy w trójkę. Co dalej? Nie wiemy, przed nami jeszcze 400 km. Kładziemy się spać. Przewracam się z boku na bok, spadają pierwsze krople deszczu.

14. DZIEŃ 8 LIPCA 1999
Wstajemy o piątej. Nie ma gwiazd, nie ma księżyca. Powoli się pakujemy, palimy ognisko. Jest raczej zimno i dlatego dobrze się idzie. Przechodzimy przez oazy, przed nami skaczą kangury. Marc zatrzymuje się i podnosi jakiś kamień. Okazuje się, że to kawałek misy zrobionej przez Aborygenów. Aż się nie chce wierzyć, że dane jest nam to oglądać. Tak jakby ten kamień czekał na nas na drodze, na skrzyżowaniu naszej trasy ze ścieżkami Aborygenów. Może ma tysiąc lat, może dziesięć tysięcy albo dwadzieścia. Wygląda jak przełamana na pół misa. Kamień patrzył na twarze Aborygenów, oglądał gwiazdy, przyglądał się słońcu, a teraz widzi nasze zdumione twarze. Zastawiamy się czy zanieść go Aborygenom do Kintore, czy zostawić w miejscu, do którego przynależy. Wydaje nam się, że Aborygeni przywiązują dużą wagę do miejsc i przedmiotów. Może to miejsce bez kamienia będzie nieszczęśliwe, a kamień przestanie być sobą bez tego miejsca. Będzie leżał martwy gdzieś za szybą w muzeum.

15. DZIEŃ 9 LIPCA 1999
Wszyscy mamy odczucie, że pewien etap podróży się kończy. Niedługo, może już za parę godzin spotkamy ludzi. Ciekawe, jak to będzie znowu spotkać ludzi. Niebawem będziemy w Windy Corner.

Kiedy tak szliśmy przez tą pustynię, nagle zobaczyliśmy coś na kształt wału, pierścienia i wyraźnie wgłębienie w ziemi. Przyglądamy się temu i nagle dociera do nas, że to krater meteoru. Ma około 12 metrów średnicy i około dwóch metrów głębokości. Nie ma go na mapie, więc chyba właśnie go odkryliśmy.
Około godziny 10 nawiązujemy kontakt z Basecamper. Są kilometr od nas, ruszamy w ich stronę. Po chwili widzimy biały samochód wyłaniający się z buszu. A więc spotykamy ludzi z Basecamper. Są czyści i pachnący. Dziwne wrażenie. Frank częstuje nas coca-colą. Jakby nie miała smaku. Wędrujemy razem następne 8 km, Paolo i Joost filmują nas z samochodu.

W obozie ognisko, kawa, świeży chleb, obiad i opowiadamy jak to było. Później spotykamy człowieka z wielbłądami. Andrew wędruje przez Australię wzdłuż Zwrotnika Koziorożca z trzema wielbłądami i psem.

16. DZIEŃ 10 LIPCA 1999
Mam wrażenie, jakbym nie opuszczał obozu treningowego koło jeziora Disappointment. Jakbyśmy byli na treningu i właśnie wracali po jednym dniu pobytu na pustyni. Nic się nie zmieniło. Tylko może coś wewnątrz, jakieś przelotne przekonanie, że wie się coś o pustyni, że coś się przeżyło i widziało.

Denise zastanawia się, czy może jednak nie wędrować z nami dalej, a potem rozważa przyłączenie się do Andrew podróżującego z wielbłądami i psem. Niepokojąca jest ta łatwość, z jaką Denise zmienia decyzje. To chyba brak głębszego namysłu i motywacji.

Dzień upływa na odpoczynku, naprawach sprzętu, opracowywaniu dalszej trasy. Niedaleko stąd jest tablica oznaczająca Zwrotnik Koziorożca i podjeżdżający do niej turyści podchodzą do nas i zasypują pytaniami. Trochę tu nudno i dobrze, że znowu będziemy mogli wyruszyć i być w drodze.
Wieczorem pożegnania przy ognisku. Pyszne jedzenie, niepowtarzalne chwile. Siedzimy i dużo rozmawiamy.

17. DZIEŃ 11 LIPCA 1999
Znów jesteśmy w drodze przez pustynię. Denise chciała wędrować z człowiekiem z wielbłądami i psem, ale plan okazał się nierealny. Szła z nami aż do przerwy, a potem się żegnamy.

Wędrując dużo myślę o innych wyprawach. Planuje sobie w myślach, zastanawiam się nad szczegółami. Na pustyni lżej się myśli.

Siedzimy przy ognisku, jeszcze herbata, pogadamy trochę i spać. Mamy teraz trzy plecaki i jeden wózek. Dwie osoby idą z plecakami, jedna ciągnie wózek. Kolejność marszu: plecak, wózek, plecak. Z plecakiem idzie się lekko, gładko przemyka się pomiędzy trawami. Sama przyjemność.

19. DZIEŃ 13 LIPCA 1999
Dziś dzień odpoczynku. Wczoraj doszliśmy do składu z wodą i znów spotkaliśmy Andrew z jego wielbłądami.

Dzień mija spokojnie, gdy nagle po obiedzie dzwoni Joost z wiadomością, że Denise chce wrócić do naszego zespołu. Jest już gotowa i spakowana i chce przyjechać do nas samochodem terenowym. Jesteśmy zaskoczeni. Dyskutujemy o tej propozycji i razem dochodzimy do wniosku, że nie możemy się na to zgodzić. Denise wciąż zmienia decyzje, trudno uznać, że ta dzisiejsza jest ostateczna. Może po paru ciężkich dniach znów będzie chciała być ewakuowana. Trudno nam jej to zakomunikować, ale wierzymy, że tak będzie lepiej i dla niej i dla nas. Wiemy, że w tym składzie jesteśmy w stanie dotrzeć do Kintore. W innym może być to już niemożliwe.

20. DZIEŃ 14 LIPCA 1999
Rano znów wracamy do tematu Denise. Dyskutujemy, rozmawiamy i upewniamy się, ze podjęliśmy dobrą decyzję. Zostało nas tylko trzech. Trzy osoby zdecydowane, by dojść do Kintore.

Wieczorem jeszcze pracujemy nad trasą. Przed nami jeszcze ciężka i wyczerpująca droga, na której wiele się może zdarzyć.

21. DZIEŃ 15 LIPCA 1999
Dziś moja kolej na wózek. Ciężko było. Myślałem o podróży przez Ocean Arktyczny i przez Grenlandię, przez Antarktydę.

Udało mi się zrobić bardzo dobrą zupę. W południe łączność z Joostem. Denise chce zostać w Australii, aż dojdziemy do Kintore. Znowu dużo much, nie dają człowiekowi żyć.

Wieczorem leżę pod gołym niebem i patrzę na Wenus, Marsa, Oriona, Krzyż Południa. Miliony gwiazd, mgławic, spadających meteorów. Jest dobrze, będzie jeszcze lepiej.

Orion na niebie jest ogromny. To dziwne spędzić tyle czasu pod gwiazdami, które patrzą na nas tak, jak przez wieki patrzyły na Ziemię i inne planety. Kiedyś ludzie dotrą do Oriona tak, jak zdobyli bieguny i szczyty gór, ale czy znajdą tam więcej niż samych siebie? Najważniejsza jest droga i człowiek, a nie punkt w przestrzeni – choćby najbardziej odległy. Orion nie musi się zmieniać, przybierać coraz nowszych form, szukać wyzwań. On po prostu jest, tkwi na niebie i niezmiennie wyznacza kierunek. Nic nie mówi, niczego nie tłumaczy, nie naucza. Po prostu milczy i patrzy. Gdziekolwiek będę, kiedykolwiek spojrzę na Oriona, będę pamiętał Edmonda i Marca i naszą drogę przez pustynię. I Orion też chyba będzie nas pamiętał.

22. DZIEŃ 16 LIPCA 1999
Rano zimno i śpiwory mokre. Coraz lżej się idzie, może dlatego, że jestem coraz bardziej przyzwyczajony. To już prawie miesiąc.

Dochodzimy do oazy. Fioletowe kwiaty, zamki termitów, drzewa, krajobraz jak w bajce. Czy czegoś mi jeszcze brakuje? Tak, drugiej połowy i myślę dużo o mojej drugiej połowie. Ciekawe, co będziemy robić, gdy wrócę? Do Kintore jeszcze 354 km.

24. DZIEŃ 18 LIPCA 1999
Po wyczerpującym marszu docieramy do składu wody i zakładamy obóz. Teraz musimy czekać, aż helikopter założy kolejne składy. Wieczorem dzwoni jednak Joost, że nic z tego. Firma, która miała to zrobić nie jest gotowa. Pojutrze powinniśmy wyruszyć, a tu helikopter zepsuty, faceta nie ma i żadnej dla nas informacji. Nie wiadomo, co dalej.

25. DZIEŃ 19 LIPCA 1999
Chłodna noc, wszyscy się trochę trzęsiemy. Gotujemy wodę, dyskutujemy o bazie na Księżycu, bezzałogowym rejsie dookoła świata, dotarciu po ciemku w zimie na biegun magnetyczny, o wyprawach na Gerlacha. Kolejny dzień postoju, kolejna lekcja cierpliwości. Brakuje trochę czegoś do czytania, nie za bardzo wiadomo, co robić. Powoli kończą się zapasy. Zostało nam wody i jedzenia na cztery-pięć dni postoju i cztery dni marszu. Leżymy na matach, bronimy się przed muchami i dzień płynie.

Sprawa wyjaśnia się popołudniu. Z helikoptera nici, trzeba sprowadzić części z USA i jeszcze potrzeba kilka dni na próby. To może potrwać parę tygodni. Jesteśmy zrobieni na szaro. Dzwonię do Danki Karp do Darwin, która jest pilotem, aby jej się poradzić, jak najlepiej przeprowadzić zrzuty. Później rozmawiam z Andrzejem Góralczykiem, który obiecuje zrobić do jutra rozeznanie i dowiedzieć się, jak najlepiej wszystko zorganizować.

26. DZIEŃ 20 LIPCA 1999
Rano dzwoni Andrzej, mamy namiar na firmę, która może założyć składy. Umawiamy się z Andrzejem na kontakt na później i koło południa przestaje działać Irydium. Jesteśmy bez łączności i bez helikoptera.
Setki much, obłażą człowieka, brzęczą, gryzą, wchodzą do ust. Pora zrobić zupę i poprawić sobie humor.
Irydium znów działa. Rozmawiamy z Joostem, może wieczorem wyjaśni się sprawa z helikopterem. Trzeba mieć cierpliwość. Wiec jesteśmy cierpliwi. Jeszcze przynajmniej jeden dzień musimy czekać.

27. DZIEŃ 21 LIPCA 1999
Jesteśmy w drodze. Znowu można oddychać po czterech i pół dniach siedzenia w jednym miejscu. Noc była chłodna i wszyscy spaliśmy tak sobie. Niebo rano zachmurzone i jakieś napięcie wisi w powietrzu. Szybko dochodzimy do klifu, gdzie wczoraj zostawiliśmy skład z wodą. Piękne widoki, niesamowite skały.
Rozbijamy obóz. Spotykamy trzy kratery termitów. Ledwo odchodzę od obozowiska, znajduję najpierw jeden żółty kamień podobny do naczynia, potem drugi, przypominający kawałek miski z kamienia. Kamienie zostały najwyraźniej obrobione przez ludzi. Ileś tysięcy lat temu używali ich ludzie, potem wszystko się zmieniło, a one zostały. Przesłanie z odległej przeszłości dla nas… nie warto ich ruszać i zabierać. Zostawiamy kamienie dla następnych ludzi lub innych istot, które się tu kiedyś zjawią.

Ale fajnie jest być w drodze. Nie jest to może zbyt wygodne i nie zawsze przyjemne, ale dobrze być w drodze.

29. DZIEŃ 23 LIPCA 1999
O szóstej rano zaczynamy marsz. Jeszcze szaro, ale słońce powoli się wynurza i temperatura podnosi. Najgorzej rano wstać, wyjść ze śpiwora. Jak się napiję herbaty i zacznę jeść, robi się dobrze. Jutro moja kolej z wózkiem. Po ósmej pojawiają się wydmy. Trudno je przekraczać z wózkiem.

Przechodzimy wiele wydm. Wydaje się, że za następną będzie już płasko, ale wciąż wyrastają nowe. Mijamy dziwne doliny pełne drzew, niezwykłych ptaków i latających żyjątek. Doliny, które wyglądają jak ogrody.

Chcieliśmy wyjść na otwarty teren, przecinając w poprzek wydmy. I poszliśmy, ale to była katorżnicza praca. Zawsze lepiej się dopasować do struktury terenu i nie iść wbrew niej. Po południu idziemy przez stary las – powalone pustynne dęby i gałęzie. Nietknięty ludzką stopą las pełen czarów. Niektóre drzewa wyglądają jak kolumny, inne jak słupy obwieszone pnączami. Później otwiera się przestrzeń i robi się płasko. Wyschnięty piach i kępy roślin. Idzie się dobrze.

30. DZIEŃ 24 LIPCA 1999
Noc bardzo zimna. Trudno spać, byle do rana. Na śpiworach i rzeczach szron. Przydałyby się rękawiczki i kominiarka. Rozpalamy od nowa ognisko i robi się raźniej. Można się ogrzać, ubrać i coś zjeść. To była jak dotychczas najzimniejsza noc, jakieś -3, może -5 st. C. A my mamy naprawdę lekkie ubrania.

Idzie się ciężko. Przekraczamy dużo wydm, ciężko toczyć wózek. Spotykamy samotnego wielbłąda, który przygląda nam się z zaciekawieniem i potem oddala. Potem przytrafia nam się fatamorgana – jest zupełnie płasko, a my widzimy nagle klif i coś na kształt jeziorka.

Zupa dziś wspaniała, do tego orzeszki. Dostajemy wiadomość, że helikopter będzie w poniedziałek lub wtorek. Dziś jest sobota. Dzień albo dwa dni bez wody. Chłopcy są zdruzgotani.

34. DZIEŃ 28 LIPCA 1999
Wspaniały dzień. Zbudziliśmy się po czwartej i śniadanie było naprawdę niezłe. Zaczęliśmy marsz po szóstej, a niedługo potem pojawiło się słońce. Szliśmy szybko i początek był ciężki dla Edmonda. Trudno mu było z wózkiem utrzymać tempo. Staram mu się pomagać, ale i tak widzę, że ledwo dyszy.

I wtedy zobaczyliśmy płaskowyż i czerwoną skałę i wielbłądy. Były wyraźnie zaciekawione, pewnie im się wydawało, że też jesteśmy wielbłądami. Może jesteśmy pierwszymi ludźmi, których widziały te zwierzęta.
Zbliżyliśmy się do czerwonej skały, a tam czekały na nas jaskinie używane kiedyś przez Aborygenów. Ślady paleniska, pod ziemią w pieczarze zwęglone kawałki drewna, ryty na skale. Odkryliśmy w sumie cztery pieczary, a także sporo kawałków kamieni obrobionych przez Aborygenów. Niesamowite miejsce.
W czasie postoju dzwonię do etnografa Włodzimierza z Alice Springs i rozmawiam z nim o tym znalezisku. Biorę pozycję GPS i umawiamy się na spotkanie w Polsce.

37. DZIEŃ 31 LIPCA 1999
W nocy trochę pokropiło. Cały dzień niebo zachmurzone, a do tego wiało. Ale szło mi się dobrze, mimo że ciągnąłem wózek. W południe robimy przerwę, krótszą niż zwykle, żeby nadrobić kilometrów.

Zastanawiam się, jak wyglądałaby ta wyprawa, gdybyśmy nie mieli kontaktu ze światem. Na pewno inaczej. Teraz jedną nogą jesteśmy w Europie, jedną w Alice Springs i tylko cześć nas znajduje się na pustyni. Wtedy bylibyśmy w niej cali zanurzeni. Ale cóż, trudno.

43. DZIEŃ 6 SIERPNIA 1999
Ostatni dzień odpoczynku przed wyruszeniem w ostatni etap. Ostatni raz leżymy sobie, popijamy herbatę i kawę. Za nami prawie 600 km pustyni, przed nami zaledwie 66 do Kintore. To już ostatnia chwila spędzona w ciszy, razem z pustynią.

Rytm życia na pustyni to porządek, w którym wszystko ma swoje miejsce i czas. Poczucie bezruchu i wieczności, mądrości i nieskończoności. Pustynia to okno na wszechświat. Stąd tak blisko do gwiazd i księżyca. Wielbłądy, kangury, mrówki, zamki termitów – ile życia jest tutaj. Ślady ludzi, kamienie, jaskinie. Poczucie harmonii i spokoju. Gdybyśmy mogli jeszcze ten spokój zabrać do domów…

46. DZIEŃ 9 SIERPNIA 1999
Prawdopodobnie za kilkanaście minut dojdziemy do cywilizacji. I rzeczywiście, o 6.55 rano trafiam na pierwsze ślady – pusta plastikowa butelka coca-coli.Cieszymy się, robimy zdjęcie. Do Kintore jeszcze 20 km. Edmond ma kłopoty z nogą, nie nadąża za nami. Dobrze, że nie stało się to 100 km wcześniej.

Idziemy piaszczystą drogą. Gumowe dętki, akumulatory, butelki puszki – coraz więcej śladów cywilizacji. Widzimy białe dachy domów. Aborygeni uśmiechają się do nas i machają, nie bardzo przejmują się tym, że przyszliśmy pieszo. Kiedy tłumaczymy im, że przeszliśmy pustynię Gibsona, mówią tylko: „long walk”
DAY 1, 25th JUNE 1999

We are setting out at last. A cold night. It’s dark when we wake up, the moon and the stars are in the sky, our lamps are blinking in the background. And the concerned face of Thomas from Brazil who says that there is no sense for him to hit the road because of his spine and muscle pains and that he won’t be able to pull his cart longer than several days. It’s a pity but what can we do. Maybe we don’t know all the grounds of his decision. A strange thing it is – to go through Australia pulling a cart. We will be wandering through the oldest land on Earth, through our quandaries, through our future and past. And how far will we reach? Up to Kintore or somewhere farther or higher?

DAY 2, 26th JUNE 1999

I wake up at six. The terrain is more and more difficult, the kingdom of spinifex, a type of desert and sharp grass.

The terrain does not let go after the break, we are passing several dunes. Continuously, spinifex and spinifex grass. Denis keeps talking only about Windy Corner, recalculates the way into days, however only to this point. We are trying to help her, pushing her cart, still, she pulls the whole burden herself.

We are sitting at the bonfire which is just dying down, but it’s full moon and you can see everything. We are sitting like this, outdoors, soaked with sweat, dust and dirt. We are cooking something, writing and talking. I remember the sailing camps when I was a child, bonfires, catching and grilling crayfish. Maybe I wouldn’t have to go to Australia then. I don’t know but I would like to be there again with my friends from childhood, come back home, to my grandparents. And no wonders of the world can make for it.

DAY 3, 27th JUNE 1999

Wake up at five, we set off after a modest breakfast. We crossed the salt lake, we continued among the red rocks. Suddenly two camels appeared. We were going not far from each other for a certain time.

We are walking quite fast but we must make a break as Denise has problems with her leg. A big bubble filled with pus appeared and it needs dressing. Everyone takes one water bag from her in order to release her. It makes altogether 20 kg – a palpable difference. It’s not bad, the trek is hard, especially after ten when the noon is near.

Now we are lying on the pads under a sheet between the carts, beset by flies, and the birds are singing.

DAY 4, 28th June 1999

I didn’t sleep tonight. I had a stomachache, maybe too little food. I can’t eat all these sweets. I only thought how it would be during the day, when I would be pulling the cart. Wake up, the stars and the moon. Then, slowly, the sun is rising.

The walk was strenuous on the first shift but we made more than 3 km for the first hour.

We set up the camp after 11 km, more than 3 km from the water deposit. We rested a little and then off we went with our rucksacks. We loaded 30 liters of water each, washed our clothes and back to the camp. Denis prepared a delicious supper.

It was a good day, we did what we had to, we have water supplies. We are tired but it doesn’t matter.

DAY 5, 29th June 1999

We are slowly growing accustomed to the red ground, the stars and the moon and it walks better and better. I am getting used to the physical effort and I have more time for thinking.

The morning was hard, everyone was tired, Denise is looking at her sick leg during the stop. Pus bubbles appeared and both her legs have abrasions so we are dressing her wounds. Denis says it would be better when we left her and she would be waiting to be taken away. We don’t know why this girl has changed, it looks like she has lost her motivation. It must be hard for her to pull the cart and it reflects on her spirits. We are trying to help as much as we can to relief her, still something is left, even the empty cart has its weight. Denise says she doesn’t want to be a burden for us, that she is slowing us down. I explain her that it is most important that we all get there. However, it looks that she is convinced she will not make it, she won’t be physically capable of that and that she has already decided she will never agree to go to Kintore. There is no way, however, that we could leave her alone waiting for evacuation, we must all get to Windy Corner. Strange, first Thomas abandons the expedition, now Denise, what’s going on?

DAY 8, 1st July 1999

We make almost 16 km until noon. At the break Denise eventually confirms that she is not able to go to Kintore. We accept her decision, when somebody says three times she does not want to go further, it is really senseless.

A short nap and off again. A hard terrain, a lot of spinifex. Finally, we reach our water deposit. We are all happy.

For me it is still a little strange feeling – we are arriving at the tank comprising 250 liters of water, food, batteries and other small items. It is not natural, I have never used this kind of assistance, the airdrops, on my expeditions. I feel strange but I’m happy. We have accomplished the first stage, we have already covered the distance of 100 km.

DAY 9, 2nd JULY 1999

The night was so cold that I chattered. The sleeping bag should be warmer. I will sleep in the fleece jacket and socks tonight. You can hear the birds at dawn – they are making noise, twittering, singing. You want to live and do something. We are digging out the water and food. Next, sorting, distributing, packing. Washing clothes, a shower from the water bag hung on the tree.

We are resting all day. In the evening we make a bonfire and watch the Milky Way. It’s getting cold again. Maybe I am going through the desert to find the answer how and where to go through my life.

DAY 10, 4th JULY 1999

First a lot of spinifexes, it gets flatter later on. It goes hard, everybody is tired. Denise bears it poorly, you can see she is concerned with the fact she needs our help. Our compasses are going mad, only mine is working properly. It’s because mine is for the southern hemisphere and the other ones are universal.

In the evening Denise has a surgery of removing blood from the bubbles on her leg. Marc is doing this with a syringe. Next we throw everything into the fire. Now, the bubbles are dry and they will be healing better.

DAY 11, 5th July 1999

A cold night, it’s hard to get up. A difficult terrain for the start. Waist high grass, it’s difficult to walk. We are staggering from tiredness. During the break we are lying without move, flies are sitting on us.

We are approaching the oasis. Plenty of flowers, we can see a red kangaroo, it’s running away, pretty close. It’s a strange feeling to see flowers in the desert.

A small fire took place in the evening, the primus began to burn. The fuel spilled out, a big fire, it spread over the food and equipment. We extinguished it with sand. I caught the spade and buried the primus. Afterwards, we replaced the pump, cleaned the primus and had a great night at the bonfire.

DAY 13, 7th JULY 1999

We get up quite late. It’s hot and sweltering. We are busying ourselves, lying. Resting is more tiresome than walking. I feel exhausted and don’t feel like doing anything.

A violent wind bursts, it looks like it could grab our sheet. We fix it again, put the foil on it, entrench it with earth and load it with stones. It should survive.

We hang a water bag on the tree and everyone takes a shower.

We are sitting at the bonfire for a long time and talking about teamwork, about getting in sync and adjusting to each other, about why Thomaz is not with us and that we will walk only three soon. What’s next? We don’t know, there are 400 km ahead of us. We are going to sleep. I am rolling over, the first raindrops are falling.

DAY 14, 8th JULY 1999

We get up at five. There are neither stars nor moon. We are packing slowly, burning the bonfire. It’s rather cold so it walks well. We are passing through oases, kangaroos are jumping in front of us. Marc stops and he lifts a stone. It turns out to be a piece of a bowl made by the native Australians. Unbelievable that we were offered to see this. As if that stone was waiting for us on our way, on the crossing of our ways with the Aboriginal’s ones. It may be one thousand, perhaps ten or twenty thousand years old. It looks like a half of a broken bowl. This stone was looking at the Aboriginal’s faces, was watching the stars and the sun and now it sees our astonished faces. We are wondering whether we should fetch it to the Aboriginals to Kintore or leave it in the place it belongs to. The Aboriginals seem to be particular about places and items. Maybe this place will be unhappy without this stone and the stone loses its identity without this place. It will be exposed dead somewhere behind the glass in a museum.

DAY 15, 9th July 1999

We all have the sensation that a certain stage of this journey is ending. Soon, in a couple of hours, we are going to meet people. Curious, what it will be like to see people again. We shall be in Windy Corner soon.

While we were going through the desert we saw something looking like an embankment, a ring and an outlined pit in the earth. We are peering at it and we are struck by the fact that it is a meteorite crater. It has about 12 meter diameter and is about two meters deep. It’s not on the map so it looks like we have just discovered it.

About ten we are communicating Basecamper. They are one kilometer away from us, we are heading towards them. After a while we can see a white car emerging from the bush. So, we see people from Basecamper. They are clean and fragrant. A strange feeling. Frank treats us with Coke. As if it had no taste. We are trekking for the next 8 km, Paolo and Joost are video recording us from the car.

There is a bonfire, coffee, fresh bread and dinner in the camp and we are reporting our journey. Then we meet a man with camels. Andrew is travelling through Australia along the Tropic of Capricorn with three camels and a dog.

DAY 16, 10th JULY 1999

I have an impression as if I never left the training camp by Disappointment Lake. As if we were in training and coming back after one day spent on the desert. Nothing has changed. Maybe only something inside, a fleeting belief that you know something about the desert, that you have experienced and seen something.

Denise is wondering whether she should maybe continue to trek with us, but then she considers joining Andrew travelling with the camels and the dog. Denise’s easiness to change decisions is disturbing. She seems to lack deeper consideration and motivation.

The day passes on rest, repairing equipment, planning the route. Not far from here is a tablet labelling the Tropic of Capricorn and the tourists driving close to it are coming to us and bothering us with questions. It’s a little boring here and it’s good we will be able to set off and be underway again.

Farewell bonfire in the evening. Delicious food, unrepeated moments. We are sitting and talking a lot.

DAY 17, 11th JULY 1999

We are on our way through the desert again. Denise wanted to trek with the man with camels and a dog but the plan transpired to be unreal. She was walking with us until the break and then we are saying goodbye to each other.

While trekking, I think a lot about other expeditions. I am planning in my mind, I’m pondering over the details. Thinking is lighter in the desert.

We are sitting around the bonfire, some more tea, we will talk a little and go to sleep. We have three rucksacks and one cart now. Two trekkers are going with the rucksacks, one is pulling the cart. The order of walk: rucksack, cart, rucksack. You go effortlessly with the rucksack, you smoothly sneak among the grass. Pure pleasure.

DAY 19, 13th JULY 1999

Today is a resting day. We reached the water deposit yesterday and met Andrew with his camels again.

The day is passing calmly when, suddenly, after lunch, Joost is calling that Denise wants to rejoin our team. She is already packed and ready and she wants to come to us by a SUV car. We are surprised. We are discussing about this proposal and we all conclude that we cannot accept it.

Denise keeps changing her mind, you can’t guarantee that her today’s decision is final. Maybe after several tough days she will want to be evacuated again. It’s hard for us to communicate it to her but we believe that this is the best solution for her and for us. We know that with this team we are able to reach Kintore. It can become impossible with another team.

DAY 20, 14th JULY 1999

We are reconsidering Denise’s issue in the morning. We are discussing, talking and making sure that we have taken the right decision. Only three of us are left. Three persons determined to reach Kintore.

We are working on the route in the evening. There is a hard and exhausting way ahead of us and many things can happen underway.

DAY 21, 15th JULY 1999

Today is my turn to pull the cart. It was strenuous. I was thinking about the journey through the Arctic Ocean and through Greenland, through Antarctica.

I managed to prepare a very tasty soup today. At noon telecommunication with Joost. Denise wants to stay in Australia until we reach Kintore. Swarms of flies again, they don’t let you live.

I am lying outdoors in the evening and I’m looking at Venus, Mars, Orion, the Southern Cross. Millions of stars, nebulas, falling meteorites. It is good, it’s still going to be better.

Orion is so huge in the sky. It is strange to spend so much time under the stars which are watching us as they have been watching the Earth and other planets for centuries. One day people will reach Orion, just like they had reached the poles and mountain peaks, but will they find more there than themselves? The way and the man are most important, and not a point in the space, even the most distant. Orion doesn’t have to change, acquire newer and newer forms, seek for challenges. It’s just there, sticking in the sky and unchangeably indicating direction. It doesn’t talk, it doesn’t explain anything, it doesn’t preach. It is just silent and it’s looking. Wherever I am in future, every time I look at Orion, I will remember Edmond and Marc and our quest through the desert. Orion will probably remember us too.

DAY 22, 16th JULY 1999

It’s cold in the morning, our sleeping bags are wet. It walks easier and easier, maybe because I am more and more used to. It’s almost one month.

We are reaching an oasis. Purple flowers, termite castles, trees, a fairy tale landscape. Do I miss anything else? Yes, I do. It’s my second half that I miss, I am thinking often about my second half. What are we going to do when I’m back? 354 km left to Kintore.

DAY 24, 18th JULY 1999

After an exhausting trek we arrive at the water deposit and set up a camp. Now we have to wait until the helicopter sets down other deposits. However, Joost calls in the evening that it won’t. The company which was expected to do this were not ready. We should set off the day after tomorrow and the helicopter is broken, the guy is not there and there is no information for us. We don’t know what’s next.

DAY 25, 19th JULY 1999

A cool night, we are all trembling a little bit. We are boiling water, discussing about the base on the Moon, a crewless cruise around the Earth, reaching the magnetic pole in the dark in winter, about expeditions to Gerlach. Another day of stoppage, another lesson of patience. We miss something to read, there is hardly anything to keep us busy. Our supplies are slowly diminishing. We have water and food for four to five days of rest and four days of trek. We are lying on the pads, fighting with flies and so the day passes by.

The issue clarifies in the afternoon. The helicopter doesn’t work, the spare parts must be brought from USA and the operation tests will take several days. It may all take several weeks. They have made fools of us. I am calling Danka Karp from Darwin who is a pilot, to get some advice about the airdrops procedures. I am talking later to Andrzej Góralczyk who promises to gather some information until tomorrow and find out how to organize everything.

DAY 26, 20th JULY 1999

Andrzej is calling in the morning, he has found a company which can set down the deposits. We arrange with Andrzej to contact later and around noon Iridium stops to work. We have neither communication nor the helicopter.

Hundreds of flies, creeping on us, buzzing, biting, coming into the mouth. It’s time to cook the soup and raise our spirits.

Iridium is working again. We are talking to Joost, it might clarify about the helicopter in the evening. You have to be patient. So we are patient. We need to wait at least one more day.

DAY 27, 21st JULY 1999

We are underway. We can breathe again after four and a half day of sticking in one place. The night was cool and we all slept so and so. The sky was covered with clouds in the morning and some tension is in the air. We soon reach the cliff where we left a water deposit yesterday. Beautiful views, amazing rocks.

We are setting up the camp. We come across three termite craters. Just after I had left the camp, first I find one yellow stone looking like a vessel, then another one, looking like a piece of stone bowl.

The stones must have been processed by people. Some thousands years ago they were used by people, then everything changed and they remained there. A message for us from the distant past… It’s not worth moving and taking them. We are leaving the stones for the next humans or other beings which one day will appear here.

It’s good to be on the way. Maybe it’s not too much comfortable and not always pleasant but it’s good to be on the way.

DAY 29, 23rd JULY 1999

We start the trek at six a.m. It is still grey, but the sun is slowly emerging and the temperature is going up. It’s most hard to get up in the morning, crawl out of the sleeping bag. When I drink tea and start eating it becomes good. Tomorrow is my turn with the cart. Dunes appear after eight. They are hard to pass with the cart.

We are passing a lot of dunes. It seems the terrain will get flat after the next one but they keep growing, one after another. We are passing strange valleys full of trees, unusual birds and flying creatures. Valleys which look like gardens.

We would like to go out on an open terrain crosscutting the dunes. And so we went but this labour was an ordeal. It is always better to adapt to the structure of the land instead of going against it. We are going through an old forest in the afternoon – fallen desert oaks and branches. A forest full of magic untouched with human foot. Some of the trees look like columns, some other ones like posts hung with climber plants. Then the space opens and it gets flat. Dried up sand and clumps of plants. It walks well.

DAY 30, 24th JULY 1999

The night is very cold. It’s difficult to sleep, just survive until morning. Hoarfrost on the sleeping bags and items. Gloves and a balaclava would be useful. We set a bonfire and it gets nicer. You can warm up, dress and eat something. It has been the coldest night so far, around -3, maybe -5 deg. C. And our clothes are really light.

It walks hard. We are crossing a lot of dunes, it’s hard to roll the cart. We meet a lone camel which is peering at us with interest and then goes away. Then we happen to see a mirage – it is dead flat and, suddenly, we are seeing a cliff and something like a pond.

The soup is magnificent tonight, served with nuts. We get a message that the helicopter is coming on Monday or Tuesday. Today is Saturday. A day or two without water. The boys are devastated.

DAY 34, 28th JULY 1999

A wonderful day. We woke up after four and the breakfast was really good. We started our trek after six and shortly after the sun appeared. We were walking fast and the beginning was hard for Edmond. It was difficult for him to keep the pace with the cart. I was trying to help him, still I can see he is barely going.

It was then when we saw the plateau, the red rock and the camels. They were clearly intrigued, they probably thought we were camels. We might be the first people they have ever seen.

We approached the red rock and we saw there some caves used by native Australians long ago. Traces of hearth, charred pieces of wood in a cavern under the earth, engravings on the rock. We discovered altogether four caverns and quite a lot of stone pieces processed by the Aboriginals. An amazing place.

During the stop I am calling Wlodzimierz, an ethnographer from Alice Springs and I’m talking to him about this place. I am taking a GPS position and we arrange a meeting in Poland.

DAY 37, 28th JULY 1999

It drizzled a little during the night. The sky is covered with clouds all day and, additionally, the wind blew. But it walked well, although I was pulling the cart. We make a break at noon, a shorter one than usually, in order to make up for the distance.

I am wondering how this expedition would look if we had no contact with the world. I would certainly be different. Now, we are with one leg in Europe, one in Alice Springs and only some part of us is in the desert. Otherwise, we would be all submerged in the desert. Well, whatever.

DAY 43, 6th AUGUST 1999

It’s the last day of rest before setting off to the last stage. It’s the last time we are lying,

sipping tea and coffee. 600 km of the desert behind us and only 66 km to Kintore ahead of us. It’s the last moment spent in silence, together in the desert.

The rhythm of life in the desert is an order where everything has its place and time. A sense of stillness and eternity, wisdom and infinity. The desert is a window for universe. It is so close to the stars and the moon from here. Camels, kangaroos, ants, termite castles – there is so much life here. Traces of humans, stones, caves. The feeling of harmony and peace. If we only could take this peace home…

DAY 46, 9th AUGUST 1999

We will probably arrive at civilization in about a dozen of minutes. And, indeed, at 6.55 a.m. I found the first traces – the first empty Coca-Cola bottle.

We are happy, we are taking a photo. There are 20 km left to Kintore. Edmond has problems with his leg, he can hardly follow us. It’s good it didn’t happen 100 km earlier.

We are walking along a sandy road. Rubber tubes, car batteries, bottles, cans – more and more signs of civilization. We can see white roofs of houses. The Aboriginals are smiling and waving to us, they don’t care too much that we have walked on foot. When we explain to them that we have just crossed the Gibson Desert, they only say “long walk”.