Serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na ich zapis lub wykorzystanie. Więcej informacji w Polityce prywatności.
akceptuję

Trawers Grenlandii - 600 km w 13 dni

Dziennik wyprawy

1. DZIEŃ 2 MAJA 2000
Wylądowaliśmy na lodowcu w okolicy Isortoq. Jesteśmy na poziomie około 250 metrów nad poziomem morza i w dole widać zamarznięty fjord. Marsz chcemy rozpocząć z poziomu morza, więc schodzimy z fiordu.

Kompletna cisza, bez wiatru. Są z nami Erhard i Jean – Szwajcarzy, którzy też planują przejść podobną trasę. Mają tylko jedne sanki i jedzenie na dziesięć dni. Zamierzają przebyć Grenlandie zaledwie w kilka dni. Ma im w tym pomóc duży spadochron w kształcie lotni, którego można ponoć używać nawet przy bocznym wietrze. Podobny sprzęt testowaliśmy w Polsce przed wyjazdem i pamiętam, że strasznie trudno nim sterować i zapanować na nim przy większym wietrze. Kto z nas będzie szybszy?

Chcę szybko przelecieć Grenlandię na spadochronach, ale to nie tak łatwo. Grenlandia jest kapryśna. Czekamy na wiatr, ale on nie przychodzi, a właściwie jest przez chwilę, a potem znika. Ruszamy! Najpierw Szwajcarzy, potem my.

3. DZIEŃ 4 MAJA 2000
Całą noc wieje silny wiatr. Gdy wstajemy : plaża. Zero wiatru, śnieg trochę ubity, ale głęboki. Szwajcarzy chcą przejść jeszcze cztery kilometry i czekać na wiatr. My też pójdziemy, ale nie wiemy jeszcze ile kilometrów. Żegnamy się z Erhardem i Jeanem, być może spotkamy się na biwaku tej nocy.
W końcu zaczyna wiać lekki wschodni wiatr i stawiamy największe spadochrony. Suniemy do przodu, Szwajcarzy mający mniejsze paralotnie zostają w tyle. Zrobiliśmy 40 km. Nieźle.

4. DZIEŃ 5 MAJA 2000
Koło się zamknęło. Siedem lat temu przeszedłem Grenlandię marząc o Biegunie Północnym, o podróżach i to wszystko było mi dane. Co się stało ze mną przez te lata, co się we mnie zmieniło, jakim jestem człowiekiem? Nie jest prosto odpowiedzieć na te pytania. Więc jakie mam marzenia? Czyżby marzenia się skończyły? Marzenia nigdy się nie kończą, czasem tylko zapominamy marzyć i marzenia od nas odchodzą. Może tak wiele wypraw realizowałem ostatnio, że nie miałem czasu na marzenia. Czas wrócić do źródeł i napić się czystej wody. A Grenlandia to jedno z nich.

5. DZIEŃ 6 MAJA 2000
Na razie jest ciężko. Brniemy z Wojtkiem w głębokim śniegu. Pod wieczór robi się zimno, - 20oC. Jedzenie wieczorem jak zawsze pycha. Można opowiadać sobie o nim godzinami. Dobrze nam się jedzie z Wojtkiem, a i on daje sobie radę. Gdyby jeszcze były wiatry wschodnie, to byłoby super.

6. DZIEŃ 7 MAJA 2000
Noc zimna, ale budzimy się punktualnie o 6:30. Chcemy zacząć koło 9:00 i skończyć o 19:00. Dziesięć godzin marszu. Wiatr północny, prosto w twarz. I pomyśleć, że w Polsce jest piękny maj i temperatura około 20oC. A u nas biało, zimno i wieje nie w tę stronę, co trzeba. Nie wiemy, ile dni będziemy iść. Dziesięć, dwadzieścia? Zobaczymy.

Mozolnie ciągniemy sanki przez głęboki śnieg. Niby jest pięknie, ale ciężko się ciągnie. Ale potem wiatr minimalnie się odkręca. Wieje leciutko, leciutko z tyłu. Patrzymy na „dudka” – nasz rękaw pokazujący kierunek podmuchów. Nie wiadomo, co robić. Wiatr jest trochę z boku, trochę z tyłu i trochę z przodu. Najpierw zakładamy spadochron 28m. Wojtek jedzie kawałek i stwierdza, że za duży. Więc stawiamy szesnastki i w drogę! Udaje nam się utrzymać dobry kurs. Potem wiatr słabnie i zakładamy dwudziestki ósemki. Wojtkowi idzie nie najgorzej, nieraz zostaje w tyle, ale szybko się uczy, więc myślę, że będziemy mogli równo jechać. To niesamowite powoli żeglować po białym pustkowiu. Wieczorem wiatr niestety siada i zmienia się na północny. Sprawdzamy pokonaną odległość: 46 kilometrów. Całkiem nieźle jak na taki słaby, boczny wiatr.

Jesteśmy cali szczęśliwi, jemy kolację, żartujemy. Wojtek filmuje, rozmawiamy z radiem przez telefon. Jeszcze nasze smakołyki, gorąca herbata i do śpiworów. Rozmawiamy do późnej nocy. Wiatr targa namiotem i robi się zimno.

7. DZIEŃ 8 MAJA 2000
W nocy bardzo silnie wieje. Szarpie namiotem i miecie śniegiem. Dokładnie z północy, czyli prosto w twarz. Nie da rady iść. Czekamy, aż się zmieni, ale nic z tego. Leżymy w śpiworach, gotujemy coś, żartujemy. Koło południa w tylnej części namiotu ukrop jak w saunie, a w przedsionku – 15oC. Wciąż zbyt wieje, by iść. Czytam Biblię - przypowieść o Józefie i jego braciach. Dzień mija powoli - trochę gotowania, żartów, snu i w końcu wieczór. Wiatr ciągle mocny, ani myśli osłabnąć. Na jutro prognozowany jest północny, a po południu północno - wschodni, a na pojutrze wschodni. Może przez jedną albo dwie doby do 10m/s. Najfajniej by było, gdyby już jutro było trochę wiatru wschodniego, nawet północno - wschodniego. Może tak będzie. Robi się coraz zimniej, chyba będzie już -25oC, bo palce sztywnieją.

8. DZIEŃ 9 MAJA 2000
W nocy wiatr się jeszcze wzmaga. Wieje tak mocno, że nie ma sensu maszerować. Nawet gdyby dzisiaj pójść, to cóż? Zrobiliśmy w głębokim śniegu kilka kilometrów i bylibyśmy zmęczeni w momencie, kiedy przyjdzie dobry wiatr. A przecież musi się w końcu odkręcić i zacząć wiać z dobrego kierunku. Trzeba myśleć w kategorii całości i osiągnięcia zamierzonego celu, a nie poszczególnych odcinków. Dlatego, aby dojść na czas, dziś musimy stać w miejscu.

Czytamy książki, coś tam dłubiemy w sprzęcie, gotujemy trochę wrzątku. Nie nowina dla nas to czekanie, zła pogoda, walka z uciekającym czasem. I tylko patrzymy wciąż przez otwór w namiocie na "dudka”. Wydaje się, że już się powoli zmienia, jeszcze trochę i będzie wiało ze wschodu, ale to tylko złudzenie i ciągle dmucha z północy.

Ze zmęczenia i napięcia zapadamy w drzemkę. Budzę się i zaczynam myśleć o tej sytuacji; namiot na lodzie, wiatr. A co by było, gdyby postawić taki namiot na dryfującej górze lodowej i spędzić na niej kawałek czasu? Dryfować po otwartym morzu. Ciekawe, co dzieje się na takiej górze, w jaki sposób pęka. Co z życiem? Czy jest przystankiem dla ptaków, fok, niedźwiedzi? Myślę o szczegółach technicznych, trzeba by mieć awaryjnie łódź, może ponton. Jedzenie pewnie na długo, system ewakuacji. Można by też prowadzić badania naukowe, trzeba pomyśleć o sensownym programie. Ciekawe, co się może dziać na takiej górze? Jak od niej odpłynąć, jak spuścić z niej łódź? Co się stanie, jeżeli nagle się obróci dołem do góry, albo przewróci na bok? Czy można to przewidzieć albo się jakoś zabezpieczyć? Coraz więcej pytań, coraz więcej widzę szczegółów i ogółów, które należy opracować. Wojtek się budzi i pyta: "wieje?" I to jeszcze jak! Świszczy i piszczy. Nieraz ryczy jak parowóz, a momentami cienko zawodzi i płacze. Nic nie możemy zrobić.

Wiatr osiąga swoje apogeum. Mało nie rozerwie namiotu, maszty trzeszczą, wszystko łomocze. Ale chyba niedługo zacznie słabnąć i zmieniać kierunek. Czekamy na pierwszy znak. Żeby wiatr lekko odpuścił i wtedy zacznie zmieniać kierunek i będzie się odkręcał na wschód. Taka przynajmniej jest teoria. Ale wiatr się z nami bawi. Cichnie, aby znowu ryknąć, osłabnie i znowu wzrośnie i tak całymi godzinami. Jeszcze raz przebiegam myślami wszystkie scenariusze, dotykam każdego elementu wyposażenia, widzę je razem i osobno, widzę jak się psują, pękają, widzę jak idziemy 15 dni, i 20, i 30. No cóż, na razie wszystko w porządku, warunki nam nie sprzyjają, ale najważniejsze, że idziemy do przodu.
A więc tak to wygląda po siedmiu latach. Zaprawdę, kto by pomyślał?

9. DZIEŃ 10 MAJA 2000
W nocy okrutnie szarpało namiotem, ale "dudek" tkwił jak zaczarowany w jednej pozycji. Czasem nieśmiało zwracał się na wschodnią stronę, aby po chwili pokazać, że wciąż duje z północy. Aż w końcu budząc się z drzemki enty raz tej nocy, zapytałem Wojtka co z "dudkiem". Wiało ze wschodu! Bardzo silny wiatr, który zacznie nas nieść na drugą stronę wyspy. Doczekaliśmy się! A więc skończyło się dreptanie, zabawy i powolne przemieszczanie się. Teraz będzie ostra jazda. Bez żartów. Do tej pory szliśmy przez Grenlandię, a teraz zaczniemy walczyć. O życie. O to, żeby nie popełnić błędu, żeby nie poniósł nas spadochron, żeby utrzymać równowagę, żeby nie dać się ponieść w górę, żeby wytrzymać wszystko. Żeby się nie pogubić i nie zgubić.

Szybko się zwijamy. Zaprząc się jak konie w uprząż i jechać do przodu. Od tej poty wszystko dzieje się bardzo szybko, także wszelkie drobne pomyłki, niuanse w ułożeniu ciała rosną jak kule śniegowe toczone po lepkim śniegu. I małe sprawy stają się duże, ogromne i bęc, człowiek upada i jest wleczony po śniegu. Wojtek tego dnia poznał tę zasadę wiele razy i szczerze mówiąc podziwiałem go za upór i wytrzymałość. Bo to wygląda tak. Jedzie sobie człowiek ze spadochronem i nagle zaczyna się coś dziać. I nieuchronnie zbliża się upadek. Oczywiście pojawiają się pytania, czy będzie bolało, czy się czegoś sobie nie złamie, czy sanki nie uderzą, czy narta nie pęknie? Ale sprawa jest przesądzona, zaczyna się ekwilibrystyka, jazda na jednej nodze, ciało się wygina we wszystkie strony i bum, uderzenie o lód. Spadochron ciągnie dalej, trzeba wyhamować prędkość. A potem wyplątać się z lin i wstać nie wypinając nart. Kosztuje to sporo wysiłku, jest się poobijanym i z każdym upadkiem siły uciekają. Coraz trudniej wstawać, coraz trudniej jechać. Aż w końcu człowiek ma dosyć i myśli: „co ja tutaj robię?”. I zaczyna prosić wiatr, żeby prosto wiał, żeby normalnie iść, żeby było spokojnie. Tak to mniej więcej wygląda w praktyce.

Wojtuś nie miał lekko tego dnia i obserwowałem go z pewnym zatroskaniem i niepokojem. Czekałem aż powie : "chłopie, mam tego wszystkiego dosyć, daj mi spokój." Ale Wojtuś był bardzo dzielny, podnosił się, otrzepywał ze śniegu i jechał dalej. Zaczęło się robić coraz trudniej, zastrugi, doły, widoczność ciągle się pogarszała. Momentami przestawaliśmy się widzieć, nawet nie łapaliśmy się przez krótkofalówki, które mają zasięg do dwóch kilometrów. Zaczynało się robić niebezpiecznie. Zamieć mogła potrwać dłużej i lepiej nie myśleć co by się stało, gdybyśmy się zgubili. Wiatr był coraz silniejszy. Przy kolejnej zmianie spadochronów wichura wyrwała mi go z rąk. Założyłem inny, zapasowy i pojechaliśmy dalej. Dosłownie kilkanaście minut później to samo przydarzyło się Wojtkowi. Pomyślałem : "no nie, nie możemy stracić drugiego". Błyskawicznie wypiąłem sanki i wciąż podpięty do swojego spadochronu goniłem ten uciekający. Udało się, chociaż obydwie lotnie splotły się w końcu pod wpływem wichury i trudno je było rozdzielić.
Takie to mieliśmy przygody i robiło się coraz niebezpieczniej. Wyglądało na to, że się w końcu zgubimy. I wtedy wpadła mi do głowy pewna myśl. Jeżeli przyczepię sanki Wojtka do swoich, a Wojtuś na nich siądzie, będziemy razem i się nie zgubimy. Sczepiamy sanki w pociąg i jedziemy dalej. Jest super! Szybka jazda, Wojtek podaje kurs, nie gubimy się, po prostu bajka. Tylko czasem mam wrażenie, że uprząż przetnie mnie na połowę, a czasem wydaje mi się, że pofrunę do góry, bo wiatr podrywa mnie w kierunku nieba. Trzeba strasznie uważać, dosłownie na milimetry i każde pięć minut wydaje się godziną. Ale do przodu, trzeba jechać na zachód! Na zachód, na drugi brzeg.

Zmieniamy spadochrony, wiatr miota nami jakbyśmy byli jego zabawką, ale kilometry lecą : dwadzieścia, pięćdziesiąt, sto, sto dwadzieścia. Wojtek zamarza z tyłu, trzęsie nim niemiłosiernie, ale cały czas podaje mi kurs i prędkość. Jedziemy średnio piętnaście kilometrów na godzinę. Nie wiem, ile godzin to trwa, ale zaczynam zasypiać. Oczy zamykają się ze zmęczenia i gdyby nie Wojtek, który co jakiś czas przekrzykując wichurę podaje mi kurs, zasnąłbym jadąc. Do przodu, do przodu!

10. DZIEŃ 11 MAJA 2000
Wiatr zaczyna odkręcać i znosi nas na południe. Coraz słabsze podmuchy. Zmieniam jeszcze dla pewności spadochron na największy. Przez chwilę jest lepiej, ale potem znowu znosi nas na północ. Jedziemy prawie w poprzek właściwego kursu. Koniec, wiatru już nie ma, chociaż my mamy jeszcze parę, aby jechać dalej. Mógłbym tak jechać i jechać. Zapomniałem o bólu i zmęczeniu. Znowu jestem rześki, ale nic już nie wieje. Może to tylko chwilowy przypływ energii. Niebo jest stalowoszare, wokoło wszystko się miesza, śnieg, chmury, nasze twarze. Czas zwinąć spadochron i rozłożyć namiot. Spać tylko spać. I czekać na wiatr. A jednak zrobiliśmy 138 kilometrów. Wpełznąć do śpiwora i spać.

11-13. DZIEŃ 12-13 MAJA 2000
Zaczęło znowu wiać, ale to złuda, że w dobrym kierunku. Wieje równo na północ. Momentami mamy wrażenie, że wiatr jest na wschód, rozkładamy spadochron, jedziemy kawałek i musimy go zwijać, bo gubimy kurs. Nie ma czasu na myślenie i marzenia, tylko ciągła obserwacja kierunku wiatru i ciśnienia atmosferycznego. Człapiemy powoli na zachód.

Filmujemy, robimy zdjęcia i powoli posuwamy się w stronę Sondre Stromfjord. Może trzeba było jechać całą tamtą noc, kiedy był silny wiatr, ale wtedy byliśmy wykończeni. Może to, może tamto. Nie ma prostych odpowiedzi. Może byśmy wytrzymali to wszystko i teraz osiągnęli drugi brzeg. Gdyby wszystko poszło dobrze. Ale nigdy nie wiadomo, co by się stało. Mogło być różnie. I tak mieliśmy szczęście, zrobiliśmy kawał dobrej roboty, a przecież różne rzeczy dzieją się na Grenlandii. Podjęliśmy takie, a nie inne decyzje. Chyba jednak dobrze nam idzie. Fajnie, że tu jesteśmy, razem idziemy do przodu i żyjemy w tym świecie. Niewielu ludziom Arktyka na to pozwala.

Wieczorem przychodzi wiatr i żeglujemy w stronę zachodzącego słońca. Jest pięknie i cudownie. Rano powinno znowu powiać na zachód. Myślimy już tylko o drugim brzegu. Żeby jak najszybciej. Kolejny wieczór, kolejny poranek, dni i noce zlewają się ze sobą w jedną całość. Idziemy, trochę żeglujemy, znowu idziemy.

Krajobraz zaczyna być pofałdowany. Z góry w dół i z znów pod górę. Grzesiu, meteorolog w Gdyni, mówi nam, że jutro około 14:00 zacznie wiać na zachód. Przyjmujemy to z rezerwą, ale jest na co czekać.
Nie ma dobrego wiatru i z niecierpliwością czekamy na drugą popołudniu. Gdy nadchodzi, stajemy, rozkładamy spadochrony. Jest punkt druga i wtedy przychodzi. Po prostu. Jedziemy z wiatrem przed siebie, na zachód. Czasami wiatr słabnie, trzeba spadochronowi pomagać nogami, pojawiają się wzgórza i niecki. Gdzieś tam w oddali majaczą szczeliny. Trzeba wybierać dobrą drogę, nie pchać się na wybrzuszenia terenu, tylko przemykać między ścianami lodu. Cały czas wiatr igra z nami, zmienia kierunek, słabnie, momentami zanika. Staramy się wykorzystać każdy podmuch, każde tchnienie, żeby tylko posunąć się do przodu.

Słońce zachodzi. Jak pięknie żegluje się w stronę niknącej za horyzontem czerwonej tarczy. Robi się zimno i rześko, a my z Wojtkiem suniemy w pogoni za słońcem. Ładnie tutaj, cicho i w sumie spokojnie. Można się trochę rozluźnić, palce nie zaciskają już kurczowo drążka spadochronu, wargi też jakoś mniej spięte - luz, jedziemy na nartach przez Grenlandię, a może się nam tylko wydaje. Bo jesteśmy poza czasem i przestrzenią. I nie wiadomo, co jest prawdziwe. Zimno przestaje być ważne, wewnątrz jest ciepło. Może już nie jest istotne czemu się tutaj znaleźliśmy, ważne, że jesteśmy.

Zmęczenie i mróz przywracają nas do rzeczywistości. Dochodzimy do szczelin i pułapek. Rozkładamy na chwilę namiot, żeby się rozgrzać, napić czegoś gorącego i pogadać. Robi się ciepło i przytulnie, rozmarzamy się na chwilę, jakbyśmy już byli w domku.

Zaczynają się same garby i szczeliny. Nie wiadomo, którędy się przecisnąć. Znowu jest ciężko, zwalone połamane bloki lodu, szczeliny, labirynt. Bardziej wiarą niż rozumem znajduję drogę i przedzieramy się przez ten bałagan. Źle to wygląda. W takich sytuacjach każdy jest nowicjuszem. Można tylko wierzyć, że znajdzie się drogę. Mówię ciągle Wojtusiowi, że to już tam, że jeszcze trochę. Ciężej i ciężej, zmęczenie daje nam w kość.

Zaczynają się problemy z wiązaniami, narty przekrzywiają się na blokach lodu i są duże naprężenia. Sanki wciąż ciężkie jak licho - został nam duży zapas jedzenia i paliwa, prawie na dwadzieścia dni. Krajobraz wygląda jak pobojowisko. Powywracane bloki lodu tak, jakby olbrzym bawił się przed chwilą w klocki. Wydaje się, że wszystko trzeszczy i rusza się, ale to tylko wiatr hula. Naprawdę ciężko jest sobie wyobrazić jak przez to przejdziemy, nie ma drogi, wszędzie szczeliny. Z mozołem poruszamy się metr po metrze. Walczymy z czasem, pocieszam Wojtka, że jeszcze jedno wzgórze i tam już zjedziemy. I jeszcze jedno i jeszcze jedno. Wydaje się, że nie ma końca, już tak blisko i im bliżej, tym ciężej się robi. Wyrwałem do przodu, żeby zbadać drogę, a potem na chwilę usiadłem na sankach i zasnąłem.

W końcu coś widać, jakieś kamienie. Maszerujemy jak lunatycy, potykamy się, zasypiamy klęcząc. To już koniec lądolodu. Dochodzimy. Za nami majestatycznie sterczą lodowe kolumny, jak wrota do królestwa zimna i wiatrów. Z przodu kamienie, prawdziwe kamienie. Trochę płasko i prześwituje czarna ziemia. Dziwne, odwykliśmy od tego widoku i teraz wydaje się pełny życia i ciepła. A to tylko zamarznięta ziemia i parę kamieni.

Marzenia, czekałem na nie, myślałem, że przyjdą, ale w końcu nie było na nie czasu. Nie było czasu na marzenia, bo wiatr unosił nas do przodu i było nam tak dobrze, a Grenlandia wypełniała nas lodem i chłodem.

Marek Kamiński dla radia ZET:
„... dzisiaj udało nam się przejść Grenlandię. Do końca (...). To był najdłuższy dzień, szliśmy w sumie cały dzień i całą noc i jeszcze jeden dzień. Warunki na koniec okazały się bardzo ciężkie. Brak widoczności, bardzo dużo szczelin, bardzo ciężki teren. Tak więc zajęło nam to dużo więcej czasu, dużo więcej godzin niż się spodziewaliśmy. Po 13 dniach i 2 godzinach udało nam się przejść Grenlandię (...) bardzo się cieszymy (...) dawaliśmy sobie bardzo mało szans, że uda nam się to zrobić w tak krótkim czasie, tym bardziej, że pogoda była bardzo słaba, wiatry nie były sprzyjające. Wszystko jest dobrze (...) jesteśmy potwornie zmęczeni (...) ale dzięki Bogu udało nam się to zrobić. No i fajnie po prostu. Przyjechaliśmy, obejrzeliśmy i przeszliśmy bez żadnych trudności (...), które by nas powaliły (...). Jesteśmy na drugiej stronie, szczęśliwi.”

A potem pływaliśmy łodzią między górami lodowymi, polowaliśmy z Eskimosami, patrzyliśmy na słońce, morze i pływające kry, niebo, ale to już zupełnie inna historia.

Na lotnisku spotkaliśmy Szwajcarów. Rozsądnie zawrócili, gdy najbardziej wiało. Z ich dużym spadochronem dalsza jazda przy takiej wichurze, nie była możliwa. Umawiamy się na kolejny wyścig za rok.