Serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na ich zapis lub wykorzystanie. Więcej informacji w Polityce prywatności.
akceptuję

Vistula Winter Expedition

Dziennik wyprawy

6 STYCZNIA 2010
Przygotowuję się do zimowego spływu Wisłą – Zimowej Ekspedycji Wisła 2010. Zastanawiam się nad rodzajem kajaka, który wezmę. Myślę jednak, że zdecyduję się na kajak Prijona „Yukon Expedition”. Spraw logistycznych jest bardzo dużo – żagle, ubiór, sprawy bezpieczeństwa, wybór odpowiedniego sprzętu itp. Rozmyślam, jak to będzie z łowieniem ryb, filtrowaniem wody i chodzeniem po lodzie na rzece. Ponadto staram się wyobrazić wszystkie możliwe niebezpieczne sytuacje, które mogą wydarzyć się na trasie, i próbuję się odpowiednio na nie przygotować. Także praca w toku. Jeszcze bardzo dużo problemów do rozwiązania. Ruszamy w drugiej połowie lutego. Wszystko przed nami!

12 STYCZNIA 2010
Coraz mniej czasu do rozpoczęcia zimowego spływu Wisłą. Przyśpieszam prace nad przygo- towaniem sprzętu. Kajak został wybrany. Pozostał jeszcze wybór kamizelki, namiotu, kolców lodowych, suchego kombinezonu i kurtki puchowej. Jutro zamykamy listę sprzętu i będziemy dokonywać ostatnich zamówień. Myślę, że jeszcze w styczniu zrobię dwudniowy trening – prawdopodobnie spłynę Wisłą z Gniewu albo z Tczewa. Będę spał w namiocie i sprawdzał sprzęt. Czasu coraz mniej, ale mam nadzieję, że się wyrobimy. To chyba będzie moja ostatnia tak długa samotna wyprawa. Przyszedł czas zawiesić życie podróżnika i spędzać więcej czasu z dziećmi i rodziną.

12 LUTEGO 2010

Pobudka o 6 rano. Przeglądam kilka książek o Wiśle i jej historii, a później uczestniczę w spotkaniu w Szkole Podstawowej Sióstr Augustynianek w Krakowie. Razem ze mną w spotkaniu bierze udział Jaś Mela. Potem idę do kościoła Franciszkanów. A wieczorem mam wykład w Nowym Sączu. Przy okazji testuję urządzenie Spot Finder, które na Google Maps będzie pokazywało moją pozycję w czasie Ekspedycji Wisła. Wyprawa została przesunięta na połowę marca ze względu na warunki pogodowe, które spowodowały, że spływ Wisłą jest obecnie niemożliwy. Jest za dużo lodu. Nie dałbym rady płynąć. Zostałbym zmiażdżony przez kry. Kilka dni temu rozmawiałem telefonicznie z profesorem Markiem Grzesiem na temat spływu i Marek powiedział, że w połowie marca sytuacja na Wiśle powinna się poprawić.

6 MARCA 2010

Dzisiejszy dzień to coś nieprawdopodobnego. Byłem pełen obaw, jak to będzie z zimowym kajakowaniem po Wiśle. Późną nocą kończyłem pakowanie. O 5 pobudka i ostatnie przygo- towania. O 6 pojechaliśmy na miejsce startu. O 6:30 ostatnie wywiady i potem wyruszyłem w trasę. Dzisiejszy dzień to prawdziwa bajka. Na początku trochę padał śnieg, ale potem niebo się przejaśniło i świeciło piękne słońce, a potem znów śnieg i dość spory wiatr, a potem znów się przejaśniło. Mój kajak stał pod obrazem św. Maksymiliana Kolbe, który został namalo- wany przez Mariana Kołodzieja. Pakując kajak, uderzyłem liną obraz św. Maksymiliana Kolbe. Przestraszyłem się. Pomyślałem, że może to jakiś znak, ale nie wiem jaki. Podczas kajakowania dużo myślałem o Marianie Kołodzieju, który jako więzień Oświęcimia praco- wał w Harmężach. Twórca niezapomnianego ołtarza papieskiego z Gdańska w 1987 roku. Ostatni raz widziałem się z nim w Oświęcimiu. Wiem, że zrobił dla mnie moją karykaturę, ale nigdy nie udało mi się jej odebrać z jego położonego na gdańskiej Starówce mieszkania. Chciał, aby jego prochy rozsypano w Oświęcimiu. Stało się inaczej i jego prochy są właśnie tu.

Rano w Harmężach opisywałem worki, tutaj sprzęt, tu jedzenie, a na innym napisałem obóz. Był tam prymus, naczynia, świeca. Wtedy zacząłem się zastanawiać, jak słowa mogą mieć zmienne znaczenie. Dla więźniów obóz w Oświęcimiu był czymś strasznym, a ja wy- bieram się w podróż i będę rozbijał obóz, by odpocząć i zregenerować siły. Płynąc, bacznie obserwowałem rzekę. Wisła zimą bardzo różni się od swojego letniego oblicza. Zimowe krajobrazy są niesamowite. Trudno powiedzieć, kiedy Wisła jest ładniejsza czy latem, czy zimą. Mogę tylko powiedzieć, że jest zupełnie inna. Widziałem bardzo dużo ptaków, w tym czarne kormorany. Przez całą trasę z Oświęcimia do Tyńca płynęło ze mną stado łabędzi. Ktoś z mostu krzyknął: – O, płynie Pan w niezłej obstawie. Byłem zdziwiony, ale faktycznie łabędzie płynęły tuż koło mnie przez prawie cały odcinek. Co jakiś czas wzbijały się i leciały przede mnie. Podróż z Oświęcimia do Tyńca była pełna trudności. Sam jestem zdziwiony, że się udało. Myślałem, że dopłynę najwyżej do Łączan, ale udało się. Miałem trzy przenoski, ponieważ śluzy były skute lodem.

W Tyńcu czekała na mnie niespodzianka. Okazało się, że ojciec Jan Paweł z klasztoru Benedyktynów w Tyńcu dowiedział się o mojej wyprawie i postanowił wyjść mi naprzeciw. To jest niesamowite. W Harmężach była początkowa baza wyprawy, a

teraz w Tyńcu pierwszy przystanek tuż obok klasztoru Benedyktynów. Okazało się, że w klasztorze jest grupa osób, które poszczą, i miałem okazję się z nimi spotkać. Była tam też moja znajoma Katarzyna z Gdańska. Piękne duchowe i bardzo inspirujące spotkanie. To chyba nie przypadek, że tu- taj dotarłem.

Tyle miłych i zaskakujących sytuacji przydarza mi się na początku wyprawy. Najbardziej zaskoczyło mnie, że tak wiele osób mnie pozdrawiało. Ludzie stali na brzegach, na mostach machali mi i życzyli powodzenia. Na odcinku: śluza w Smolicach do Łączan, dołączyło do mnie małżeństwo – Ania i Mateusz. Przez Internet dowiedzieli się, że będę płynął w ich okolicy, i postanowili pokajakować ze mną. Rozmawiałem z nimi i powiedzieli, że faktycznie Wisła też jest zimą fajna.

Kiedy płynęliśmy Wisłą latem, jej okolice były puste. A teraz odwrotnie. Dużo osób mówiło, że śledzi mnie za pomocą Spot Findera i dzięki temu urządzeniu mogą wyjść mi naprzeciw. Życzliwość Wasza jest ogromna. Bardzo dziękuję. Nie jestem w stanie wymienićwszystkich z imienia. Niezwykłym wydarzeniem było również spotkanie tuż za pierwszą śluzą z flisakiem Jarkiem Kałużą. Zgodnie z tradycją flisacką zaczął razem z pozostałymi śpiewać „Kiedy ranne wstają zorze”. I nagle wyłoniło się słońce. Jarek wtedy powiedział,że Szefowi chyba spodobała się ta pieśń i wyprawa. Ciekawym wydarzeniem było dla mnie także spotkanie pewnego rowerzysty na śluzie. Miał on bardzo stary i piękny rower. Podobny miał mój dziadek. W kombinezonie i z kamizelką wsiadłem na ten rower i zrobiłem kilka kółek na śluzie. Super. Bardzo ciekawy i miły człowiek. Mam nadzieję, że jeszcze go spotkam. Odwiedza mnie bardzo wielu ludzi w namiocie. Był Piotr z klubu kajakowego w Krakowie. Opowiedział mi o hipotermii i udzielił instruktażu, co powinienem zrobić w razie wpadnięcia do wody. Bardzo dziękuję za duże zaangażowanie osób, które mnie wspierają, czyli fotogra- fów Pawła i Macieja oraz Zdzisława. Dzięki nim powstaje materiał z tej wyprawy. Dzięki wsparciu Kasi Rojek, która przygotowywała wyprawę od strony sprzętowej, mam naprawdę solidny i dobry sprzęt.

Wszystkim dziękuję z całego serca za wsparcie i życzliwość. Myślę, że to dzięki Waszej energii zdołałem tutaj dopłynąć. W tej wyprawie nie chodzi tylko o to, żebym przepłynął zimą Wisłę, ale o to, żeby to coś dało innym ludziom.

Jest 23. Siedzę w namiocie pod skałą. Obok mnie kajak. Namiot i kajak są białe od śniegu. Zjadłem danie z ryb wiślanych certów i piłem przefiltrowaną wodę z Wisły. Początkowo miałem łowić ryby samemu, ale wtedy nie zdążyłbym ukończyć trasy zimą. Dlatego to rybacy z Świbna złapali dla mnie ryby, które przyrządziłem razem z moimi przyjaciółmi z restauracji „Targ Rybny”. Potem te ryby zostały zliofilizowane. Teraz wystarczy, że dodam przefiltrowanej wody z Wisły :-) i mam gotowe danie. Czuję się świetnie. Dzisiaj zrobiłem ponad 60 km. Jestem bardzo zmęczony, ale naprawdę szczęśliwy. Jutro kierunek Kraków.

10 MARCA 2010
Kiedy obudziłem się o 4 rano, czułem się wciąż bardzo zmęczony i obolały. Wstałem, przygotowałem sobie posiłek i zapas herbaty na podróż. Noc była bardzo zimna. Za to rano, kiedy wyszedłem z namiotu, świecił jeszcze piękny księżyc. Po 7 byłem już na wodzie. Na początku było zimno i ponuro, ale potem się polepszyło. Minąłem Sandomierz, piękny dopływ Sanu, Zawichost i Annopol. Widoki naprawdę piękne. Mijając Kazimierz, widziałem zaprzyjaźnionego bosmana, machającego mi na brzegu. A jeszcze w styczniu razem obserwowaliśmy sunące bryły lodu na Wiśle. Teraz wszystko wygląda inaczej. Skupiałem się cały czas na drodze. Ten odcinek jest dość niebezpieczny, jest wiele wirów i mielizn, trzeba było cały czas bardzo uważać. Nurt też dość szybki. Nie było wiatru, więc nie hamował mnie, jak w ciągu ostatnich dni. Pogoda jak najbardziej sprzyjała mojej podróży. Na trasie zastanawiałem się, gdzie wylądować. Najpierw myślałem o Józefowie, ale w końcu zdecydowałem się na Piotrawin. Wczoraj płynąłem jeszcze o zmroku, dzisiaj chciałem dobić do brzegu za dnia. Piotrawin – 327 km Wisły. To historyczne miejsce. Wiąże się z historią św. Stanisława męczennika. Byłem już w Piotrawinie i kojarzy mi się ta miejscowość z bardzo pozytywną energią. Postanowiłem, że to doskonałe miejsce na obóz i regenerację sił. Poza tym pamiętałem, że jest tu kilka takich małych zatoczek, do których można dość łatwo przybić kajakiem. Całe szczęście, że przepłynąłem już całą Wisłę latem. Dzięki temu mam niezłą orientację w terenie i jest mi znacznie łatwiej. Udało mi się zrobić dzisiaj 87 km. Po dotarciu na miejsce i rozbiciu obozu chciałem się chwilkę zdrzemnąć, a obudziłem się o 2 w nocy. Przesyłam serdeczne pozdrowienia dla całego Sandomierza. Dziękuję za gorące przyjęcie. Ludzie stali po dwóch stronach mostu, a na moście nawet tiry się zatrzymywały. Staram się podpłynąć do wszystkich, którzy mnie pozdrawiają z brzegu. W Annopolu chciał do mnie dołączyć kajakarz, to jest bardzo miłe, ale nie chciałem się dekoncentrować na rozmowach, ponieważ powinienem skupiać się przede wszystkim na kajakowaniu. Bardzo ważne jest dla mnie spotykanie się z Wami, ale ważna jest również droga, która wiedzie do Gdańska. W Piotrawinie ksiądz proboszcz zapraszał mnie na kolację na plebanię. Zaproponował możliwość kąpieli, ale stwierdziłem, że nie mogę się rozhartowywać. Mimo fajnych sytuacji, wielu Waszych zaproszeń, muszę pamiętać o drodze. Jeśli człowiek ma motywację, to może zrobić naprawdę wiele. Moją motywacją jest powrót do domu, do mojej żony Kasi i dzieci – Kaya i Poli.

Na koniec dnia dotarła do mnie smutna wiadomość. Zmarł Lech Mielnik, mądry i prawy człowiek. Jeszcze niedawno jadłem z nim obiad i rozmawialiśmy o współpracy. Smutną wiadomość przekazała mi jego córka Kinga. To bardzo smutne, że nie ma go już na świecie.

14 MARCA 2010

Pobudka o 4 rano. Rześkie powietrze, a w nocy napadało dużo śniegu. To dla mnie prawdziwy zaszczyt, że mogłem nocować właśnie tu, obok Twierdzy Modlin. Dzisiaj był dość ciężki dzień. Nic nie zapowiadało, że będą aż tak trudne warunki na Wiśle. Na początku idylla. Woda bardzo spokojna, ale nie trwało to długo. Z czasem wiatr przybierał na sile, a w godzinach popołudniowych był tak silny, że trzeba było bardzo pracować, żeby się nie wywrócić. Od Czerwińska do Płocka towarzyszył mi kajakarz, dla którego, jak sam powiedział, była to prawdziwa przygoda, ponieważ tak duże fale były naprawdę wielkim wyzwaniem. Poza tym na trasie było dużo kry. Zastanawiam się, jaka będzie sytuacja na Zalewie Włocławskim [Jeziorze Włocławskim]. Jeśli tu są tak ogromne fale, to co dopiero tam. Poza tym wiatr może rozpędzić kry i może być niebezpiecznie.

Jak nie będzie warunków, to prawdopodobnie przeciągnę kajak na specjalnym wózku, ale wolałbym jednak przepłynąć ten odcinek. Prognozy pogodowe nie są najlepsze. Rozbiłem obóz w Płocku, koło ogromnych kier lodowych. Niesamowite wrażenie. Krajobraz niczym na biegunie północnym: grube bloki lodu poprzewracane jak klocki domina. Niczym po trzęsieniu ziemi. Do tego nie ma słońca i wszystko to powoduje, że ten widok nie daje nadziei na spokojne przepłynięcie zalewu. Pozdrawiam cały Czerwińsk i Płock. Dziękuję za gorące przyjęcie. Dużo osób w Płocku czekało na mnie na moście i nabrzeżu. Czekał na mnie również Ryszard Rusinek z żoną. Z Ryszardem byłem na Grenlandii. Nie miałem możliwości podpłynąć do wszystkich, ponieważ nurt był bardzo silny. Zauważyłem, że na jednym domu tuż nad Wisłą wisiała polska flaga. Pracując nad projektem Zimowej Ekspedycji Wisła, nie myślałem o wątku patriotycznym, on sam się wykreował. Właściwie to Wy jesteście jego twórcami. Ludzie stojący na brzegach, trzymający biało-czerwone flagi to niesamowite i wzruszające wydarzenie. Przepłynąłem dzisiaj około 84 km. Jestem bardzo zmęczony.

20 MARCA 2010
Noc trochę niespokojna. Kiedy zasypiałem, ktoś podszedł do mojego namiotu i zapytał, czy jestem Markiem Kamińskim. Chciał ze mną chwilę porozmawiać. Nagle gdzieś w oddali usłyszeliśmy głośny plusk wody. Wtedy też ktoś krzyknął, że utopił się samochód. Wszystko to brzmiało bardzo surrealistycznie. Głosy i hałasy gdzieś zniknęły. Chodziłem dookoła, ale nikogo nie spotkałem. W nocy usłyszałem sygnał straży pożarnej, ale po chwili odgłosy również zamilkły. Rano przespacerowałem się po okolicy. Przyjechał do mnie Wojtek Ostrowski, który towarzyszył mi podczas wyprawy na biegun. Znaleźliśmy ślady samochodu, które prowadziły wprost do Wisły. To jest jakaś tajemnicza dla mnie historia, nie znam jej zakończenia. W nocy gdzieś koło mojego namiotu zatonęło w nocy auto. Na szczęście nikomu nic się nie stało.

Rozmyślam o tym, że jestem parę kilometrów od Gdańska i pewnie nie będzie mi już dane nocowanie tu w tym miejscu. Obserwuję wiatr, na szczęście nie jest silny, tak że jest szansa, że wszystko pójdzie dobrze. Przyjechali kajakarze z Kaszub i z Gdańska i powiedzieli mi, że zamierzają ze mną przepłynąć ten odcinek trasy. Zjawili się także woprowcy z przygotowanym napisem „Meta”, Maciej Pytlik, uczestnik letniej wyprawy, Zygfryd, Przemek i Maciek, którzy asekurowali mnie na pontonie na niektórych najniebezpieczniejszych odcinkach. Nie potrafię wymienić wszystkich z imienia, ale za to z pewnością wszystkich mam w głowie i sercu. Dziękuję, że można zawsze na Was liczyć. Przyjechał też paralotniarz, który postanowił, że będzie mi towarzyszył aż do ujścia Wisły. Zatem moja samotna wyprawa zamieniła się w spływ z ludźmi, którym Wisła jest bliska. Nie miałem pojęcia, że tak może się to wszystko potoczyć. Jestem z tego powodu szczęśliwy. Chodziło o to, żeby przybliżyć Wisłę Polakom, aby Polacy nie byli odwróceni plecami do Wisły, i tak właśnie się stało. Ludzie przychodzili nad Wisłę i oglądali ją z otwartymi oczami. Byłem sam w tym odludnym miejscu, a tu nagle taka miła niespodzianka. To niesamowite, że ludzie chcą odkrywać ze mną uroki Wisły. Po godzinie 9 pakuję rzeczy i ruszam na ostatni etap. Płynę razem z kajakarzami, na pontonie ekipa filmowa, która kręci materiał z wyprawy, a w powietrzu paralotniarz. Woda i ogień już były. Teraz czas na wodę i powietrze. Po drodze mijamy naszych sympatyków. Dobiłem też do Świbna, gdzie pracują rybacy, od których kupiłem ryby na wyprawę. Porozmawiałem z nimi chwilę i wyruszyłem dalej w drogę. Przed samym ujściem Wisły, na małym cyplu, dostałem od chłopaka i dziewczyny własnoręcznie wykonany, drewniany wiślany medal. Bardzo Wam jeszcze raz dziękuję. Płynąłem powoli i korzystałem z ostatnich chwil w harmonii z naturą i samym sobą. Wiedziałem, że mam jeszcze około 7 godzin, zanim zacznie się wiosna, więc postanowiłem z tego skorzystać. Podróż na większości odcinków była pogonią z czasem. Nie można było zaplanować szczegółów kolejnych dni, bo warunki się zmieniały. Mogłem planować jedynie dwa kolejne dni wyprawy. To była moja pierwsza taka wyprawa, podczas której towarzyszyła mi tak niesamowita atmosfera. Ludzie przychodzili nad Wisłę, machali flagami i krzyczeli „Dziękujemy”. Nie macie za co mi dziękować, myślałem, ja jestem tylko narzędziem w ręku natury czy Boga. To Wisła jest bohaterką Zimowej Ekspedycji Wisła. W Oświęcimiu wydawało mi się, że Gdańsk jest tak daleko. Cały czas zastanawiałem się, jak to będzie. Najdalej w myślach sięgałem do Włocławka, ale udało się, dzisiaj jestem w Gdańsku. Morze faluje, ale w porównaniu z warunkami na zalewie i przed Bydgoszczą fale są dużo mniejsze. Myślę o tym, co zrobię, kiedy dopłynę. Najbardziej chcę zadzwonić do Kasi i dzieci. Sobieszewo od strony morza wygląda przepięknie. Na morzu płyniemy pod wiatr. W oddali widzę biały namiot i ludzi czekających na brzegu.

O 10:37 minąłem metę! Ląduję na pięknej plaży Wyspy Sobieszewskiej. Nie miałem ochoty opuszczać kajaka. Na pierwsze pytania dziennikarzy odpowiadam, jeszcze w nim siedząc. Dookoła mnie kilkadziesiąt osób. Wielu moich przyjaciół, znajomych, Ewelina i Olga z Fundacji i wielu innych fanów Zimowej Ekspedycji Wisła. Bardzo Wam dziękuję, że mnie tak ciepło przywitaliście. Staram się z każdym zamienić choć słowo i podziękować za przy- bycie. Dostałem kawałek bursztynu w prezencie na szczęście. Został znaleziony gdzieś tutaj na plaży. Może wmuruję go w ścianę mieszkania. W ten sposób będę przeżywał tę wyprawę dalej. Myślę, że flisacy, którzy mi przed Krakowem zaśpiewali „Kiedy ranne wstają zorze”, uprosili w ten sposób Wisłę, by pozwoliła mi poznać jej dzikość. Ja również rano często sobie śpiewałem tę pieśń. Rano faktycznie zorze wstawały, więc miałem komu śpiewać.

Każdy z Was może spłynąć Wisłą, jeśli tylko chce.
6th January 2010

I have been preparing to canoe down the Vistula in winter - the Vistula Winter Canoeing Expedition 2010. I am wondering which type of canoe I will take. I think I will go for Prijon Yukon Expedition canoe. There are plenty of logistic issues – sails, clothes, safety issues, choosing the appropriate equipment etc. I consider what the fishing, filtering water and walking on the ice on the river will look like. Furthermore, I am trying to imagine all the possible dangerous situations which might happen underway and I am tring to prepare myself for any of them. The work is in progress, too. There are still so many problems to be solved. We start in the second half of February. Everything is ahead of us!

12th January 2010

The time left to the beginning of the Vistula winter canoeing is diminishing. I speed up the preparations of equipment. The canoe has been chosen. The life vest, the tent, ice blankets, dry overalls and down jacket need to be chosen still. Tomorrow we are closing the equipment list and we order the last items. I think I will go for a two day practice – most probably I will paddle down the Vistula from Gniew or Tczew. I will sleep in the tent and test the equipment. There is less and less time but I hope we will meet the deadline. It will be rather my last sole such a long expedition. The time has come to suspend the traveler’s life and spend more time with children and family.

12th February 2010

Wake up at 6.00. I review a couple of books about the Vistula and its history and later I take part in a meeting in Augustinian Sisters’ Primary School in Cracow. Jaś Mela takes part in this meeting together with me. Next, I go to the Franciscan Church. I have a lecture in Nowy Sącz in the evening. At the same time I test the Spot Finder, a device which will show my position on Google Maps during the Vistula Expedition. The project has been postponed to the half of March due to weather conditions which caused that canoeing down the Vistula was impossible right now.

There is too much ice. I wouldn’t be able to paddle. I would get crashed by the ice floes. I talked to professor Marek Grześ a couple of days ago about this canoeing expedition and he said that the situation on the Vistula should improve in the middle of March.

6th March 2010

It’s an incredible day today. I was very much concerned about the winter canoeing on the Vistula. I finished packing late in the night. Wake up at 5.00 a.m. and then preparations. We went to the starting point at 6.00 o’clock. At 6.30 I gave the last interviews and next I set off. The day was so lovely like in a fairy tale. It was snowing a little bit at the beginning, then it cleared up and beautiful sun was shining, then snowing again and quite a strong wind, and a clear up again. My canoe was placed in front of the picture of St. Maximilian Kolbe painted by Marian Kołodziej. While packing the canoe I struck the picture of St. Maximilian Kolbe’s picture with a rope. I got frightened. I thought I might be a bad sign, I don’t know which one. During packing I gave much thought to Marian Kołodziej, who worked in Harmęże as an ex-prisoner of Auschwitz. The author of the unforgotten papal altar from Gdansk in 1987. I saw him last time in Oświęcim. I know that he made a caricature of mine for me but I could never pick it up from his apartment in the old town of Gdansk. He wanted his ashes to be spread in Auschwitz. It went different and his ashes remain right here.

This morning in Harmęże I was marking the bags, writing “equipment”, or “food” on some, or “camp” on another one. There was the primus, the cookery, a candle in that one. Then I started to wonder how the meaning of words can change. For prisoners the camp in Auschwitz was something horrible and I am going on a journey and I will be setting up a camp to rest and regenerate. While paddling I observed the river with attention. The Vistula in winter differs very much from its summer image. Winter landscapes are incredible. It’s difficult to say whether the Vistula is more beautiful in summer or in winter. I can only say it’s different. I saw plenty of birds including black cormorants. A flock of swans was swimming with me the whole distance from Oświęcim to Tyniec. Somebody on the bank shouted: What a nice guard you are canoeing with. I was surprised, but, really, the swans swam close to me throughout the whole section. They would take off from time to time and fly in front of me. The journey from Oświęcim to Tyniec was full of obstacles. I am surprised myself that I made it. I thought I would make it up to Łączany at the fartherst, but I made it. There were three carry overs as the sluices were blocked with ice.

A surprise was awaiting me in Tyniec. It turned out that Fater John Paul from the Benedictine monastery in Tyniec had heard about my expedition and he decided to meet me halfway. It was amazing. The initial base of the expedition was in Harmęże and the first stop is now in Tyniec next to Benedictine monastery.

A group of fasting people happened to be in the monastery at that time and we had an occasion to meet. A friend of mine, Katarzyna from Gdansk, was there too. A wonderful spiritual and inspiring encounter. It doesn’t look like a coincidence that I have arrived here.

So many nice and surprising situations happen to me on the beginning of my expedition. The fact that so many people were greeting me was the most astonishing. These people were standing on the banks and bridges, they were waving with their hands and wished me good luck. A married couple, Ania and Mateusz, joined me at the sluice in Smolice and continued to canoe with me until Łączany. They learned in the Internet that I would be canoeing in their area and they decided to canoe together with me for a while. I talked to them and they said that the Vistula was nice indeed in winter.

When we were rafting on the Vistula in summer, its surroundings were empty. And now, vice versa. Many people told me they were following me by the Spot Finder and thanks to this device they can come forward and greet me. Your Kindness is enormous. Thank you so much. I’m not able to recall everyone’s name. Meeting the raftsman, Jarek Kałuża, behind the first sluice was an unusual experience. According to the tradition he started to sing along with the others: “When the Light of Down Arises [1] ” and then, suddenly, the sun appeared. Then Jarek said that the Boss seemed to like this song and this expedition. An encounter with a certain cycler on a sluice was also interesting. He had an old and very beautiful bicycle. My grandfather used to have one like this. Dressed in overalls and life vest I got on this bike and made several circles at the sluice. Cool. A very interesting and kind man. I hope to meet him again. I am visited by many persons in my tent. Piotr from the canoeing club in Cracow called up. He told me about hypothermia and instructed me what I should do when I fell into the water. I am so grateful to the engaged persons who were supporting me, that is the photographers, Paweł, Maciej and Zdzisław. The material from this expedition is being recorded thanks to their work. Thanks to Kasia Rojek who prepared the equipment for the expedition, I have really good and reliable equipment.

I thank you all, from the depth of my heart, for your support and kindness. I believe this is only with Your energy that I was able to reach up to here. This expedition is meant not only to canoe down the Vistula in winter but to give something to other people.

It’s 11.00 p.m. I am sitting in the tent under a rock. My canoe lying next to me. The tent and the canoe are white with snow. I ate the Vistula Vimba vimba fish meal and I drank the filtered water from the Vistula. I was to fish myself at the beginning but I would not finish the route in winter. For this reason the fishermen from Świbno caught fish for me which I prepared with my friends from “Targ Rybny” restaurant. Next, the fish was freeze-dried. Now it’s enough to add some filtered water from the Vistula J and the meal is ready. I feel great. I made 60 km today. I am very tired but really happy. Direction Cracow tomorrow.

10th March 2010

When I woke up at 4 o’clock I felt very tired and sore. I got up, prepared a meal for myself and tea for the way. The night was very cold. However, when I went out of the tent, a beautiful moon was shining. I was on the water after 7. It was cold and gloomy at the beginning but it improved later on. I passed Sandomierz, a beautiful flow of San, Zawichost and Annopol. Really beautiful views. While passing Kazimierz, I saw a befriended boatswain waving to me from the shore. Still in January we saw ice block floating on the river. Everything looks different now. I was concentrated on the way all the time. This section is quite dangerous, there are a lot of whirlpools and shallows, I had to be careful all the time. The current is pretty rapid too. There was no wind so it didn’t stop me as during the last few days. The weather was most favourable for my journey. When on the route I was wondering where I should land. First I thought about Józefów but then I decided to moor in Piotrawin. I was paddling after dusk yesterday but today I wanted to pull in to shore during the day. Piotrawin – 327 km of the Vistula. It is a historical place. It is associated with the history of St. Stanislaus, the martyr. I was in Piotrawin before and for me this place is associated with very positive energy. I decided it would be an excellent place for the camp and my physical regeneration. Besides, I remembered there were a few little bays where you could pull in with a canoe quite easily. I was lucky to have canoed down the Vistula in summer already. Therefore I was well oriented in the area and it was much easier for me. I made today as much as 87 km. After arriving at the destination and setting up a camp I wanted to have a nap and I woke up at 2.a.m. I send my cordial regards to all Sandomierz. Thank you for such a kind reception. The people were standing on the both sides of the bridge and even the trucks stopped on the bridge. I tried to canoe down to everybody who was greeting me from the bank. A canoer wanted to join me in Annopol which is very kind, however, I didn’t want to be distracted by any conversations as I should focus mainly on my canoeing route. Meeting you is very important to me but I can’t forget about the way leading me to Gdansk either. In Piotrawin the parish priest invited me to the parsonage for dinner. He proposed a hot bath to me but I decided I this could make me untough. In spite of these nice situations, many tempting invitations of yours, I still have to remember about the way. You can do really a lot if you have your motivation. My motivation is returning home, to my wife Kasia and my children – Kay and Pola.

A sad message came to me at the end of that day. Lech Mielnik, a wise and lawful man, passed away. I had a dinner with him recently and we were talking about cooperation. His daughter Kinga transferred this message to me. It is so sad he is not with us anymore.

14th March 2010

Wake up at 4 a.m. The air is brisk and a lot of snow has fallen during the night. It’s a real honour for me I could sleep right here, next to Modlin Castle. It was a pretty hard day today. No sign was indicating that the conditions on the Vistula would be that tough. It was idyllic at the beginning. The water was very calm but it didn’t last too long. The wind was increasing with time and in the afternoon it was so strong that you had to work hard not to fall over. I had a companion canoer from Czerwińsk to Płock and he said he was experiencing a real challenge with these big waves. Besides, there were many ice floes on the way. I wonder what the situation will be like on Włocławek Reservoir. If the waves are so huge here what should I expect over there? Furthermore, the wind can speed up the ice floes and this can be really dangerous.

If the weather conditions don’t permit, I will probably pull the canoe over on a special trolley, however, I would rather paddle through this section. The weather forecast is not too favourable. I set up a camp in Płock, next to enormous ice floes. An outstanding impression. The landscape is like on the North Pole: large ice block turned over like domino blocks. A landscape like after an earthquake. Additionally, there is no sun and all this takes away the hope for a safe canoeing through the lake. I greet all Czerwińsk and Płock. Thank you for a warm welcome. A lot of people were waiting for me on the bridge and on the shore in Płock. Also Ryszard Rusinek with his wife were waiting. I was in Greenland with Ryszard. It was impossible to paddle down close to everybody as the current was very strong. However, I noticed that there was Polish flag on one of the houses right next to the river bank. While working on the Vistula Expedition project I didn’t consider the patriotic aspect of it, it has been created by itself. In fact, it is you who are its creators. The people standing on the banks holding white and red flags make an amazing and moving impression. I have paddled 84 km today. I am very tired.

20th March 2010

The night was a bit uneasy. When I was falling asleep somebody came to my tent and asked me whether I was Marek Kamiński. He wanted to talk to me for a while. Then, somewhere in the distance, we heard a loud splash of the water. Somebody shouted that a car had sunk. All this sounded very much surreal. Then the voices and noises died down. I was walking around but I didn’t meet anyone. I also heard a fire brigade siren but, after a while, the sound stopped. I had a walk in the morning. Wojtek Ostrowski, who was my companion at the polar expedition, came to me. We found a track of a car which was leading straight into the river. It is a mysterious story for me, I don’t know the end of it.

A car went down in the river somewhere around my tent. Happily, nobody was hurt.

I am wondering that I am a few kilometers from Gdansk and that I will certainly not sleep in this place anymore. I am observing the wind, luckily it’s not that strong so that there is a chance everything will go smoothly. Canoers from Kashubia and Gdansk came up and said they were going to canoe down the last section of the route with me. Also the water rescue team with the prepared “Finish” sign appeared, Maciej Pytlik, the member of the summer expedition, Zygfryd, Przemek and Maciek who secured me on the rib on some of the most dangerous sections. I cannot repeat everybody’s name but for sure I keep them in my head and my heart. Thank you that I could always count on you. A paraglider pilot arrived too who decided to accompany me up to the estuary of the Vistula River. So, my solo expedition transformed into a common canoeing with people who feel associated with the Vistula. I had no idea that the things could go like this. I am so happy for this reason. The point was to make Polish people more familiar with the Vistula so that the Poles don’t turn back to the Vistula and the mission has been completed. People would be coming to the Vistula and would watch it with their eyes wide open. I was alone in this deserted place and found such a nice surprise here. It’s amazing that people want to join me in discovering the attractions of the Vistula River. I pack my stuff after 9 a.m. and I begin the last stage of my expedition. I am canoeing together with other canoers, the TV team on the rib are taking a video recording of the expedition, a paraglider pilot is cruising in the air. We’ve already had water and fire. Now it’s time for water and air. We are passing by our fans on the way. I also pulled in to Świbno where the fishermen work from whom I bought the fish for the expedition. I talked to them for a little while and hit the road again. Just before the Vistula estuary, on a small cape, a boy and a girl awarded me with a handmade wooden medal of the Vistula River. Thank you one more time. I was paddling without haste, enjoying the last moments of the harmony with nature and with myself. I knew there were 7 hours left before the beginning of spring so I wanted to enjoy it. The journey was the race with time on most of the sections. You couldn’t plan every detail of the next days as the conditions were changing. I could plan two following days at the furthest. It was my first expedition with such an incredible atmosphere. People were coming to the Vistula, waving with flags and shouting “Thank you”. You have nothing to thank for, I thought, I am only a tool in nature’s or God’s hands. It is the Vistula River who is the heroine of the Vistula Winter Expedition. When I was in Oświęcim Gdansk seemed so far away. I was thinking all the time how it was going to be. My thoughts were reaching Włocławek at the fartherst, but I made it, I am in Gdansk today. The sea is wavy but the waves are much smaller in comparison to the conditions in Włocławek Reservoir and before Bydgoszcz. I think about what I’m going to do when I finish the trip. I want to call Kasia and the children most. Sobieszewo looks so beautiful from the side of the sea. We are paddling against the wind on the sea. In the distance I can see a white tent and people waiting on the shore.

At 10:37 I passed the finish! I land on a beautiful beach of the Island of Sobieszewo. I didn’t feel like leaving the canoe. I am answering the first question of the journalists while still sitting in the canoe. Several dozen people are surrounding me. Many friends of mine, Ewelina and Olga from the Foundation and many more fans of the Vistula Winter Expedition. Thank you very much for your cordial welcome. I am trying to exchange at least one word with everyone and thank everybody for arriving. I am given a piece of amber for luck. It was found somewhere here on the beach. Maybe I will mount it in the wall of my apartment. In this way I will still feel the experience of this expedition. In my opinion it were the raftsmen singing “When the Light of Down Arises” near Cracow who had requested the river to let me explore its wilderness. I very often sang this song in the morning time too. The light of down was arising indeed so I had someone to sing this song to.

Each of you can canoe down the Vistula River if you only want.



[1] „ Kiedy ranne wstają zorze” – an old Polish religious song sung in the morning time to greet the day with God.