Serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na ich zapis lub wykorzystanie. Więcej informacji w Polityce prywatności.
akceptuję

Biegun północny

PRZEWODNIK PIERWSZYCH POLSKICH TURYSTÓW NA BIEGUN PÓŁNOCNY

Biegun północny
Biegun północny
Biegun północny
Biegun północny
Biegun północny
Biegun północny
Biegun północny
Biegun północny
Biegun północny
Biegun północny
Biegun północny
Biegun północny
Biegun północny

PRZEWODNIK PIERWSZYCH POLSKICH TURYSTÓW NA BIEGUN PÓŁNOCNY

Wyprawa na biegun północny w 2002 roku nie była próbą bicia kolejnych rekordów. Podobnie jak rok wcześniej wyruszyłem w podróż jako przewodnik – z pomocą Wojtka Ostrowskiego miałem poprowadzić międzynarodową grupę na biegun. Nikt z nich wcześniej nie uczestniczył w wyprawach polarnych. Każdy z nas był inny, miał na swoim koncie inne doświadczenia, pochodził z różnych kultur. Wszystkich łączyła jednak chęć dotarcia na biegun. Z Warszawy mieliśmy polecieć do Moskwy, później do Khatangi na Syberii i dalej do oddalonej około 100 km od bieguna, dryfującej na lodzie stacji „Borneo”. Stamtąd mieliśmy rozpocząć marsz.

Prowadząc grupę śmiałków chciałem sprawdzić, na ile da się powtórzyć trasę na biegun północny, którą wytyczyliśmy rok wcześniej, podczas poprzedniej komercyjnej eskapady. Interesowały mnie zwłaszcza kwestie logistyczne i ewentualne zmiany terenu. Nurtowała mnie to, czy trasa na biegun przez Khatangę i stację „Borneo” jest na tyle pewna, by móc z niej korzystać podczas kolejnych wypraw. Przy okazji chcieliśmy też przetestować nowy sprzęt: kombinezon polarny do pokonywania otwartej wody w szczelinach. Plan zakładał pokonanie całej trasy w 6 dni. Mieliśmy maszerować po 6 godzin dziennie, ciągnąc 30kg sanki z ekwipunkiem.

Szybko okazało się jednak, że nie wszystko idzie zgodnie z planem. Kilka dni straciliśmy w Moskwie czekając na poprawę pogody, która umożliwiłaby lot na Syberię. Gdy dotarliśmy wreszcie do Khatangi okazało się, że o dalszym locie nie może być mowy. Fatalna widoczność i silny wiatr uniemożliwiał jakikolwiek ruch.

Przez następne pięć dni czekaliśmy na lepsze warunki. Nad Arktyką przesuwał się niż, silnie wiało i z każdym dniem szansę na kontynuowanie wyprawy zmniejszały się. Nic nie można było zrobić. Tylko czekać. Niezależnie od tego, czy trenowaliśmy na nartach, pracowaliśmy nad sprzętem czy jedliśmy mięso z renifera wciąż myśleliśmy o pogodzie. Wszystko teraz zależało właśnie od niej.

W końcu udało nam się dotrzeć do „Borneo”, ale było już zbyt późno, by iść zaplanowaną, stukilometrową trasą. Lód zaczął już topnieć i pojawiło się sporo szczelin – ich pokonanie byłoby zbyt niebezpieczne. Musieliśmy zmienić plan. Helikopter zawiózł nas na pozycję oddaloną od Bieguna o zaledwie 22 km, w rejon, gdzie szczelin było stosunkowo mało. Stamtąd rozpoczęliśmy marsz.

Wszyscy jednak byliśmy już zmęczeni i poirytowani – zbyt długo oczekiwaliśmy na ten nasz biegun. Wszystko szło nie tak. Połamaliśmy maszty od namiotów, ktoś spalił sobie włosy, ktoś inny mało się nie zranił. Włoch Gianni wypił butelkę wódki, którą potajemnie zabrał ze sobą. Po pierwszym dniu marszu i początku pierwszej nocy Nick, Mark, Ulrike i Gianni stwierdzili, że już im wystarczy. Wezwałem helikopter, który rano zabrał ich od razu na biegun. Pozostali kontynuowali wyprawę. Dotarcie do celu zajęło nam dwa dni.

Trudno uznać tą wyprawę za w pełni udaną. Jednak w rezultacie wszyscy jej członkowie dotarli na biegun, część z nich pieszo. Ekspedycja ta pokazała jak wiele zależy od pogody. Powzięte z góry plany mogą zaledwie w ciągu kilku dni ulec zupełnej destrukcji. Niezwykle ważne jest też przygotowanie i motywacja uczestników wyprawy. Bez nich nawet niewielkie trudności stają się barierą nie do pokonania.


UCZESTNICY
Marek Kamiński - przewodnik
Wojciech Ostrowski - przewodnik
Krzysztof Urbanowicz - Polska
Marek Więcław - Polska
Andrzej Wojda - Polska
Ulrike Zugelder - Kanada
Mark Steele - U.S.A.
Nick Hill - Wielka Brytania
Gianni Dal Maschio - Włochy
Jacques-Emanuel de Beaucourt - Francja