Serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na ich zapis lub wykorzystanie. Więcej informacji w Polityce prywatności.
akceptuję

Trawers Grenlandii - 600 km w 13 dni

Trawers Grenlandii - 600 km w 13 dni
Trawers Grenlandii - 600 km w 13 dni
Trawers Grenlandii - 600 km w 13 dni
Trawers Grenlandii - 600 km w 13 dni
Trawers Grenlandii - 600 km w 13 dni
Trawers Grenlandii - 600 km w 13 dni
Trawers Grenlandii - 600 km w 13 dni
Trawers Grenlandii - 600 km w 13 dni
Trawers Grenlandii - 600 km w 13 dni
Siedem lat – tyle czasu upłynęło od mojej wyprawy z Wojtkiem Moskalem na Grenlandię. Od niej się tak naprawdę wszystko zaczęło. Przemierzając Grenlandię wymarzyłem sobie bieguny, Kilimandżaro, pustynie Gibsona, Antarktydę. Wtedy wydawało się to zupełnie nierealne. Ale przez te siedem lat wszystko się spełniło.

Przez ten cały czas Grenlandia wciąż gdzieś tam była. Wiedziałem, czułem, że jeszcze na nią wrócę. Chciałem przejść dokładnie tą samą trasę, jaką przemierzyłem z Wojtkiem. Zrobić trawers Grenlandii, ale tym razem dużo szybciej.

Ponad sto lat temu Fridtjof Nansen potrzebował na przejście wyspy aż trzech miesięcy. Eskimosi ze swoimi psimi zaprzęgami pokonują dziś tą drogę w 30-40 dni. Nasza przygoda z Wojtkiem zajęła nam 35 dni. Wiedziałem, że wynik sprzed siedmiu lat mogę poprawić tylko dzięki nowoczesnemu sprzętowi. Specjalny spadochron – to mógł być klucz do sukcesu.

Technika wydaje się z pozoru prosta. Wystarczy podpiąć się pod odpowiedniej wielkości spadochron i korzystając z wiatru dać mu się ciągnąć na nartach. Przy dobrych warunkach, dzięki takiej paralotni, można pokonać w ciągu dnia zupełnie niewyobrażalny dystans – 80, 100, nawet 150 kilometrów.
Problem jednak w tym, że Grenlandia to nie płaski stół – podczas „lotu” na spadochronie trzeba ominąć szczeliny, zastrugi, zaspy, śnieżne doły. To nie takie proste, gdy mknie się z prędkością kilkunastu kilometrów na godzinę. O tym, że silny wiatr w połączeniu z lotnią może być piekielnie niebezpieczny przekonałem się podczas próby przejścia Antarktydy w 1996 r. To właśnie wypadek na spadochronie przerwał tamtą wyprawę. Wystarczy chwila nieuwagi, by wiatr cię porwał, poturbował, wyrzucił w powietrze lub powlókł po lodzie. A na Grenlandii może wiać z prędkością nawet do 200 km/h. Trzeba było jednak zaryzykować.

Moim towarzyszem wyprawy został Wojtek Ostrowski, oceanograf, doświadczony operator filmowy z Video Studio Gdańsk. Wyruszyliśmy 24 kwietnia z wioski eskimoskiej Ammassalik na wschodnim krańcu wyspy i podążaliśmy na zachód do Sondre Stromfjord. Chcieliśmy przebyć wyznaczoną trasę w możliwie krótkim czasie. Nasza prędkość w dużej mierze uzależniona była jednak od wiatru, jego siły i kierunku - czyli od tego, czy będzie można używać spadochronu. Na wszelki wypadek ciągnęliśmy ze sobą prowiant na 30 dni – zakładaliśmy, że to maksymalny czas, w jakim pokonamy szlak nawet bez pomocy lotni. Los okazał się jednak łaskawy. Pomimo zmiennych warunków i przymusowych przestojów, ponad sześciuset kilometrową trasę przemierzyliśmy w 13 dni, 2 godziny i 15 minut.

UCZESTNICY
Marek Kamiński
Wojciech Ostrowski